Serwis używa cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.
zamknij   

szukaj

2017-05-08 14:38:58

Patrioty dla Polski - pasmo komplikacji

     Losy polskiego zamówienia na Patrioty obrazują brak profesjonalizmu w instytucjach MON i brak doświadczenia w dużych transakcjach zbrojeniowych. Nie nauczyliśmy się wiele po F-16. A chodzi o transakcję większą od F-16 i to przynajmniej dwukrotnie. Polskie zamówienie na system obrony powietrznej i antyrakietowej oparty na systemie Patriot i innych komponentach ma być według MON warte 30 mld PLN, czyli zależnie od kursu wymiany około 7,5 mld USD. 48 samolotów F-16 pochłonęło 3,5 mld USD, choć do tej sumy należy doliczyć później kupowane uzbrojenie, jak choćby pociski manewrujące dalekiego zasięgu JASSM i JASSM-ER, które w sumie kosztowały pół miliarda USD. Tak czy owak, system Wisła, jak nazwano polską obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową, ma być najdroższym w historii systemem uzbrojenia, kupowanym w większości z zagranicy.

Dotychczasowe kontakty biznesowe pomiedzy Stanami Zjednoczonymi a Polską związane były z programem F-16. Procedowana Wisła to przedsięwzięcie zdecydowanie kosztowniejsze i bardziej skomplikowane pod względem współpracy gospodarczej. Niewiele jednak wskazuje, że strona polska wyciągnęła odpowiednie wnioski z poprzedniego rekordowego postępowania. fot. Siły Powietrzne RP

  31 marca br., na kilka godzin przed długo oczekiwanym "spotkaniem na szczycie" między Prezydentem Andrzejem Dudą i ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem, MON zwołał konferencję prasową, w czasie której poinformowano o przełomie w polskim zamówieniu na system Wisła. Konferencja była pilna, media zawiadomiono o niej zaledwie poprzedniego dnia koło południa, przedstawiciele potencjalnego głównego dostawcy – Raytheon - byli zapraszani dopiero wieczorem. O poranku przed planowanym spotkaniem z Prezydentem, który pytał ministra m.in. o modernizację armii, ogłoszono, że najważniejszy program modernizacyjny doznał gwałtownego przyśpieszenia, że wreszcie złożono zamówienie ofertowe (Letter of Request, LoR), a umowa - jak wyrażał nadzieję sam minister - będzie podpisana do końca roku.

  Miesiąc po tym fakcie sprawy nie wyglądają jednak całkiem tak, jak to przedstawiał minister. Zresztą, po raz już kolejny. Przecież poza wieloma deklaracjami o zakupie śmigłowców, który nigdy nie nastąpił, Antoni Macierewicz ogłaszał publicznie wysłanie zamówienia (LoR) na Wisłę już 6 września 2016 roku, w pierwszym dniu targów zbrojeniowych w Kielcach. Wtedy dla wszystkich - łącznie z najbardziej zainteresowanymi Raytheon i Northrop Grumman - zaskoczeniem było stwierdzenie, że rozwijany (ale jeszcze nie produkowany) przez tę drugą firmę system dowodzenia IBCS będzie kluczowym elementem polskich baterii Patriot (produkowanych przez Raytheon) już w momencie pierwszych dostaw planowanych na 2019 rok. Musiało minąć pół roku intensywnych negocjacji, żeby w końcu tak brzmiące zamówienie zostało wysłane do Stanów Zjednoczonych. Wciąż jednak nie zostało formalnie przyjęte.

  Żeby być w porządku wobec resortu obrony należy przyznać, że nie zostało też odrzucone, jak poprzednie z września ubiegłego roku. Natomiast jest dużo za wcześnie aby sądzić, że Stany Zjednoczone wdrożyły polskie zamówienie do realizacji. Dlaczego? Ciągle problematyczne pozostają kwestie wynikające z obiektywnej sytuacji w USA a także z polskich wymagań.

  Po pierwsze, Polska przyjęła bardzo odważne założenie, że dostanie Patrioty od Raytheon z systemem IBCS od Northrop Grumman zanim taki system dowodzenia pozyska US Army. Zdołała nawet uzyskać na to wstępną zgodę departamentu obrony, zwaną w amerykańskiej nomenklaturze "Yockey waiver" (od nazwiska byłego podsekretarza obrony USA ds. akwizycji, który wymyślił procedurę) na eksport uzbrojenia, które nie znajduje się na wyposażeniu sił zbrojnych i nie wiadomo czy się znajdzie. IBCS pewnie to wyposażenia wojsk amerykańskich trafi, stanowi bowiem trzon projektowanego systemu IAMD (zintegrowanej warstwowej obrony powietrznej i antyrakietowej ), tyle że teraz nie wiadomo kiedy. Jednak na pewno nie w 2019 roku, jak chce Polska.

  IBCS jest teoretycznie świetny: zapewnia sieciocentryczne (niezależne od oprogramowania komponentów systemu) łączenie dowolnych radarów, wyrzutni, stanowisk dowodzenia w spójną i przejrzystą architekturę obrony powietrznej. Z każdego jej węzła można widzieć wszystkie inne, mało tego, kierować ogniem z dowolnego punktu i z dowolnego radaru - a także innych czujników, np. powietrznych bezzałogowców - pozyskiwać informację o zagrożeniach. Do takiego systemu można będzie przyłączać podsystemy "z dołu" - np. przyszły polski system krótkiego zasięgu Narew a nawet bliskiego zasięgu Pilica/Poprad, systemy krótkiego zasięgu naszych bałtyckich sojuszników - np. litewsko-łotewski NASAMS. Może tam znaleźć się miejsce także dla „wyższego piętra”, np. NATO-wskiego systemu obrony antyrakietowej z bazą w Redzikowie lub wyrzutni na okrętach antyrakietowych marynarek wojennych US Navy czy sojuszników. Oczywiście przyłączanie innych baterii unowocześnionych Patriotów US Army (jeśli się na nie zdecyduje) byłoby tak płynne, że niemal niezauważalne. Zalety IBCS są niepodważalne.

  Tyle że nawet przemysł Stanów Zjednoczonych ma trudności z dokończeniem systemu. Decyzja o jego wdrożeniu do produkcji była przekładana już dwukrotnie. Ostatnio, w kwietniu br., zdecydowano nawet o konieczności przeprowadzenia dodatkowych testów, poprzednie wypadły sporo poniżej oczekiwań. Siły lądowe USA, gospodarz programu, zarządziły drugi "ograniczony test użytkownika" zanim podejmą decyzję – tzw. milestone C, o wdrożeniu produkcji IBCS w ograniczonej skali. Powodem jest niewystarczająca niezawodność systemu. Dane są wręcz szokujące. IBCS w jego obecnej postaci działa bez awarii średnio tylko przez 16 godzin, podczas gdy wymagany poziom to 446 godzin. Natomiast cały system IAMD ma działać bez awarii przez trzy doby. Obecne oficjalne raporty mówią, że jest na to tylko 6 procentowa szansa.

  Jak wspomina naoczny świadek, tylko raz w ostatnich miesiącach padło ze strony MON pytanie o opóźnienie IBCS. Miało to miejsce przed ogłoszeniem przez Macierewicza wysłania LoR z planem pozyskania systemu w rekordowo szybkim czasie. Przedstawiciel Inspektoratu Uzbrojenia miał je zadać na spotkaniu z Northrop Grumman. Amerykańskie firmy zbrojeniowe mają pewną cechę, narzuconą regulacjami prawnymi USA: nie mogą okłamywać potencjalnych klientów. Nie muszą mówić - i tego nie robią - wszystkiego z góry i wprost, ale gdy padnie konkretne pytanie o konkretną kwestię na protokołowanym spotkaniu, nie mogą mówić nieprawdy. Uczestnik rozmów miał się wówczas dowiedzieć, jak duże jest opóźnienie IBCS. A mimo to, minister ogłosił swoje: Polska ma dostać IBCS z Patriotami z 2019 roku. To kompletnie nierealne.

  Sprawę IBCS dodatkowo komplikuje szczególna klauzula, którą polska strona miała wpisać do zamówienia LoR. O ile głównym dostawcą i integratorem systemu Wisła opartego o Patrioty ma być Raytheon, o tyle kwestie sieciocentrycznej wymiany danych i łączności powierzono Northrop Grumman, producentowi tak pożądanego przez nas IBCS. Po pierwsze sprawia to, że rząd USA musi de facto wynegocjować na rzecz Polski dwie umowy - z Raytheon i Northrop - a po drugie, pozbawia głównego dostawcę kontroli nad wykonaniem tej części kontraktu, za który odpowiadałby Northrop. Taka konfiguracja podmiotów mogłaby doprowadzić do sytuacji, w której główny wykonawca nie ma narzędzi do ponaglenia wytwórcy kluczowego podsystemu, będąc jednocześnie odpowiedzialnym za wykonanie całości kontraktu. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę istniejące już dziś opóźnienia, Polska skazuje się na samodzielną walkę z Northrop Grumman o utrzymanie terminów dostawy IBCS, które nawet dla rządu Stanów Zjednoczonych są w tym momencie nierealne. Jest to tym bardziej niepokojące, że Polska ma uzyskać dostęp do technologii IBCS w ramach wspomnianej już wyjątkowej procedury "Yockey waiver", która wyłącza odpowiedzialność rządu amerykańskiego za prawidłowe działanie dostarczanego sprzętu.

  Wybór MON zapewne podyktowany był obawą o postawę Raytheona, który na amerykańskim rynku walczy o utrzymanie Patriotów w linii jak najdłużej - i o swój jak najszerszy udział w przyszłym systemie obrony powietrznej. Siły Lądowe USA już zdecydowały, że to Northrop stworzy "system nerwowy" nowego kompleksu obronnego, ale Raytheon nie porzucił walki o utrzymanie w nim własnych wyrzutni i radarów. Postęp IBCS jest mu nie na rękę, bo IBCS może łączyć w jeden system dowolne radary i wyrzutnie, a wojsko ciągle nie wybrało tych, które trafią do systemu przyszłości. Polski kontrakt nie przesądzi oczywiście o sytuacji w USA, ale polskie fundusze na IBCS z pewnością pomogą jego producentowi, a nie Raytheon. Dodajmy, że Northrop Grumman to firma nieco większa od Raytheon zarówno pod względem zatrudnienia, przychodów i zysku, ale dostarczająca rządowi USA strategiczne systemy uzbrojenia uderzeniowego jak lotniskowce, okręty podwodne czy bombowce dalekiego zasięgu stealth.

  Drugą i potencjalnie trudniejszą kwestią, bo dotyczącą całego obszernego tematu którym jest współpraca przemysłowa przy produkcji systemu Wisła staje się offset i jego rozumienie po obu stronach negocjacyjnego stołu. W samym zamówieniu LoR o offsecie nie ma mowy, bo procedura FMS, kontraktu międzyrządowego, nie przewiduje rządowych inwestycji Stanów Zjednoczonych w zamian za zakup amerykańskiego uzbrojenia. Transakcje offsetowe z reguły bierze na siebie główny dostawca uzbrojenia, w przypadku polskim Raytheon, bierze na siebie ciężar transferu technologii i wsparcia produkcyjnego dla kontrahentów. Polska dała do zrozumienia potencjalnemu dostawcy, że oczekuje współpracy przemysłowo-technologicznej w 69 obszarach, nie tylko związanych z samym zamówieniem. Kłopot w tym, że to co Raytheon rozumie przez produkcję, rozmija się z oczekiwaniami polskich negocjatorów.

  Raytheon, jako wiodący producent uzbrojenia rakietowego, radarów i systemów zarządzania walką od lat 40-tych ubiegłego wieku, nawiązał relacje z bliższymi i dalszymi sojusznikami Stanów Zjednoczonych w ponad 80 krajach na świecie. Poddostawców produkujących na rzecz Raytheon w USA i poza nimi liczy się w dziesiątkach tysięcy. To właśnie firma rozumie pod pojęciem "globalnego łańcucha dostaw". Nie ma takiego miejsca na świecie, nawet w USA, w którym jakiś produkt - rakieta czy radar - powstają od A do Z. Tymczasem oczekiwania biura offsetowego MON idą w kierunku produkcji w Polsce na przykład tzw. niskokosztowego pocisku przechwytującego, którym w przypadku systemu Wisła ma być izraelsko-amerykański Stunner, przemianowany po drodze na SkyCeptor. W naszym kraju hasło "produkcja w Polsce" jest rozumiana dosłownie, jako otrzymanie i opanowanie całości procesu technologicznego. W Stanach Zjednoczonych rozumie się przez nią raczej montaż z dostarczanych komponentów. Część z nich jest bowiem objęta tajemnicą wynalazczą i na obecnym etapie nie podlega sprzedaży.

  Co gorsza, na przeszkodzie transferowi technologii mogą stanąć też inne względy prawne. Technologia rakietowa, nie dość że podpada pod generalne ograniczenia eksportu amerykańskiego uzbrojenia ITAR (International Traffic in Arms Regulations), to jeszcze podlega międzynarodowej kontroli w ramach MTCR (Missile Technology Control Regime). To Stany Zjednoczone były państwem - założycielem MTCR, Polska przystąpiła do porozumienia w 1998 roku. Najbardziej znanym ograniczeniem wynikającym z tych regulacji jest zakaz eksportu rakiet o nośności ładunku powyżej 500 kg i zasięgu powyżej 300 km - stąd m.in. takie a nie inne wymagania w polskim systemie artylerii rakietowej dalekiego zasięgu Homar. Ale ITAR/MTCR ograniczają też np. moc eksportowanych silników rakietowych, właściwości urządzeń naprowadzania oraz kierowania rakiet i wielu innych części niezbędnych do ich budowy. Oczywiście handel bronią i współpraca zbrojeniowa byłyby niemożliwe bez wyjątków od tych ograniczeń. USA podpisały nawet traktaty wyłączające ITAR z najbliższymi sojusznikami: Wielką Brytanią, Kanadą i Australią. W pozostałych przypadkach konieczna jest zgoda Departamentu Stanu, z reguły wyrażana już w procedurze FMS, o ile dotyczy technologii czy produktów mieszczących się w limitach traktatowych. W przypadku przyszłych "polskich" rakiet przechwytujących te limity mogą być trudne do pogodzenia z ich planowanym zasięgiem, wymagającym odpowiednio dużego impulsu silnika rakietowego.

  Trzecia kwestia wisi nad polskim kontraktem jak miecz Damoklesa, zawieszony przez prezydenta Donalda Trumpa. Jak powszechnie wiadomo, wszedł on do Białego Domu z hasłem "kupuj w Ameryce, zatrudniaj Amerykanów". Trump nie ma rzecz jasna nic przeciwko, by inni też "kupowali w Ameryce", pod warunkiem, że to co jest kupowane zrobią Amerykanie. Agencjom federalnym i rządowi dał czas do końca listopada, by przygotowały szczegółowe rekomendacje, jak wzmocnić obowiązujące już zasady "kupowania w Ameryce" i "zatrudniania Amerykanów". Na razie nie jest jasne, jak daleko pójdzie handlowy protekcjonizm Trumpa, ale prawnicy koncernów zbrojeniowych już głowią się nad tym jaki wpływ będą miały te zmiany na ich biznes. Dla Polski ta sytuacja może oznaczać przynajmniej spowolnienie procesu sprzedaży uzbrojenia z USA w kluczowym momencie, bo planowanie zmiany miałyby wejść w życie mniej więcej w czasie planowanego podpisywania kontraktu na system Wisła. A ponieważ jego głównym wykonawcą jest firma ze Stanów Zjednoczonych, jej poddostawcy z Polski mogą być objęci proamerykańskimi restrykcjami. Warto pomyśleć zawczasu jak zabezpieczyć się przed niekorzystnym wpływem takich regulacji. Jednym ze sposobów może być zakładanie przez potencjalnych partnerów Raytheon czy Northrop, w przypadku systemów łączności i dowodzenia, firm na terenie Stanów Zjednoczonych za pośrednictwem których można będzie prowadzić dostawy po ewentualnym zaostrzeniu prawa.

  Opisane powyżej kwestie są ledwie czubkiem góry lodowej, którą jest system Wisła. Przypomnę - największy i najdroższy w polskiej dotychczasowej historii system uzbrojenia kupowany z zagranicy. Wielokrotnie bardziej skomplikowany, wskutek skokowo większego zaangażowania przemysłowego, niż system samolotu wielozadaniowego F-16. Niestety, już na etapie przygotowania i wstępnych negocjacji tego zamówienia widać, że popełniamy wszystkie błędy tamtego kontraktu, a może i generujemy nowe. Na przykład, mimo trwających już kilka lat badań rynku, dialogów technicznych i negocjacji międzyrządowych, nie ma jednego Biura Programu Wisła, które mogłoby skupiać całą wiedzę o technologii, procedurach, zaangażowanych firmach i osobach. Nie ma dyrektora programu Wisła, nie ma zespołu ludzi z nim pracujących, nie ma zresztą samego programu, bo to zaledwie jeden z elementów Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych RP. Tzw. pamięć instytucjonalna jest rozproszona po jednostkach organizacyjnych MON (Departamencie Polityki Zbrojeniowej, Biurze ds. Umów Offsetowych, Departamencie Polityki Bezpieczeństwa Międzynarodowego), Inspektoracie Uzbrojenia, spółkach i konsorcjach sektora zbrojeniowego i naukowo-badawczego. Dlatego nowa ekipa rządowa musiała spędzić co najmniej pół roku zbierając informacje z różnych źródeł, weryfikując je i ucząc się procedur. To samo działo się na niższych poziomach, bo zmiany kadrowe implikowały konieczność "wdrożenia się" nowych osób. Na szczęście nie sięgnęły jeszcze kluczowych oficerów w Inspektoracie.

  MON nie ma też fachowego wsparcia prawnego w zakresie prawa amerykańskiego. Owszem, ma własny departament prawny i prawników w departamencie wojskowych spraw zagranicznych, ma (od niedawna) attache obronnego w Stanach Zjednoczonych. Wisła i procedowana umowa wymaga dużo lepszej orientacji w przepisach, mechanizmach i procedurach po stronie amerykańskiej. Ministerstwo wynajęło do pomocy prywatną kancelarię, ale jedynie przy negocjacjach offsetowych, które jeszcze się nie zaczęły. Po tamtej stronie struktury i procedury są dużo rozleglejsze niż po naszej, trzeba mieć ludzi przygotowanych do ich rozeznania. Dość powiedzieć, że system Patriot i system IBCS podlegają dwóm różnym biurom wykonawczym w Pentagonie (LTPO dla Patriota i PEO Missiles and Space dla IBCS), z których każde można porównać do całego polskiego ministerstwa (PEO MS zatrudnia 1100 osób personelu federalnego i 800 delegowanych przedstawicieli przemysłu). Nie wspomnę już, że cały personel zaangażowany w projekt Wisła powinien posługiwać się amerykańskim angielskim na poziomie zapewniającym swobodną komunikację i mieć specjalistyczne przygotowanie terminologiczne. Nic nie wiadomo o tym, by ktoś przeprowadził takie szkolenia na potrzeby programu Wisła.

Marek Świerczyński




Rejestracja

Funkcja chwilowo niedostępna

×

Logowanie

×

Kontakt

×
Pokonać pancerz! Część II - „A ile to przebija?”, czyli o szacunkach i metodologii słów kilka

Pokonać pancerz! Część II - „A ile to przebija?”, czyli o szacunkach i metodologii słów kilka

Wielokrotnie można spotkać się z różnymi wartościami podawanym dla środków przeciwpancernych. Czytelnicy interesujący się pojazdami pancernymi są w...

więcej polecanych artykułów