Serwis używa cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.
zamknij   

szukaj

2016-03-05 07:43:16

Twardy pancerz, czyli czy czołg zawsze wybucha po trafieniu? Cz X – dwa saboty

     Wspomniane, w poprzednich odcinkach cyklu, zimowe walki na wschodzie Ukrainy z 2015 roku były intensywne i ciężkie dla obu stron. Dla Ukraińców, ponieważ separatyści przy silnym wsparciu Rosjan, pomimo wielomiesięcznych przygotowań pozycji obronnych, dokonali przełomu wokół Debalcewa. Dla separatystów i Rosjan, ponieważ armia ukraińska okazała się być dużo lepszym jakościowo przeciwnikiem niż w 2014 roku, co musiano okupić dużym wysiłkiem i przelaną krwią.

2544. Centralna Baza Rezerwy Czołgów w Kraju Krasnojarskim. Widoczne składowane T-64BW.

  Łącznie od stycznia do kwietnia 2015 roku Ukraińcy stracili przynajmniej 37 czołgów i 61 bojowych wozów piechoty (BMP), zaś separatyści i Rosjanie – 33 czołgi i 18 BMP. Stosunek strat, uwzględniając obronę umocnionych pozycji, dalej był wybitnie niekorzystny dla armii spod znaku tryzuba. Świadczy o tym zbliżona liczba zniszczonych czołgów po obu stronach starcia, wykorzystujących wozy o zbliżonych parametrach taktyczno-technicznych. Zwykle atakujący przygotowane i umocnione linie obrony powinien ponieść straty znacznie wyższe od obrońcy, według taktyków przynajmniej trzykrotnie. Jednakże, jakkolwiek by to źle dla państwa ukraińskiego nie brzmiało, świadczy to jednak o ogromnym wzroście morale i wartości bojowej wojsk spod flagi żółto-niebieskiej. Wszak w 2014 roku, stosunek strat obu stron wynosił w broni pancernej 4,3:1, na korzyść separatystów i Rosjan...

  Ukraińcy uczyli się walczyć. Uczyli się w najkosztowniejszy możliwy sposób – w boju. Taka była cena za dwie dekady traktowania własnej armii po macoszemu. Redukowanie liczebności sił zbrojnych (110 tysięcy żołnierzy planowane po uzawodowieniu na 2017 rok), modernizacji technicznej (w 2013 roku wydatki majątkowe na poziomie 370 mln PLN), swobodnie duże redukcje budżetu, promowanie oficerów według klucza polityczno-oligarchicznego, stałe roszady jednostek i zmiany kadrowe. Lista grzechów była długa, a ich efekt jeden, upadek sił zbrojnych Ukrainy po względem potencjału zdolnego obronić kraj nawet w przypadku konfliktu o małym zasięgu. W praktyce ten efekt pokazało oddanie Krymu oraz klęska w Donbasie w 2014 roku. Jednakże armia czasu pokoju i armia czasu wojny, wspierana przez liczne oddziały umotywowanych ochotników, to dwa różne organizmy. Ucząc się na własnych błędach i porażkach, Siły Zbrojne Ukrainy odbudowywały swoje zdolności. Efektem tego były coraz większe straty po stronie separatystów, w tym w broni pancernej.

   Jednym z przykładów ukraińskiej skuteczności, będzie bohater tego odcinka cyklu, należący do separatystów czołg T-64BW. Wóz został zniszczony 10 lutego 2015 roku na wschód od stacji kolejowej Ridkodub, ulokowanej na południowy-wschód od Debalcewa, przy granicy obwodu donieckiego i ługańskiego.

Załadunek T-64BW do An-124 na lotnisku Emeljanowo.

   Skąd T-64BW w siłach donieckiej i ługańskiej republiki ludowej? Oficjalna wersja głoszona przez separatystów brzmi o zdobyczach na Ukraińcach. Prawda jednak jest dużo bardziej ciekawa niż propagandowe tłumaczenia. W momencie zapadnięcia decyzji na Kremlu, o udzieleniu pełnego wsparcia obu prorosyjskim ugrupowaniom, początkowo przekazywano uzbrojenie starając się zachować pozory pozyskania go na ukraińskich siłach zaangażowanych w tzw. operacji antyterrorystycznej. Dlatego dostarczano wzory uzbrojenia tożsame dla użytkowanego w ukraińskiej armii. W przypadku broni pancernej było to tym łatwiejsze, że kilka tysięcy T-64 wycofano z SZ Rosji oficjalnie zaledwie kilka lat przed wojną 2014 roku. W efekcie T-64 dla tzw. milicji, mogły być pobierane z 2544. Centralnej Bazy Rezerwy Czołgów ulokowanej w Kraju Krasnojarskim. W ramach JW 54630 zgromadzono tam na składzie blisko 1,5 tysiąca czołgów rodziny T-64. Do dostaw wybierano pojazdy w najlepszym stanie technicznym i wymagające minimalnych nakładów pracy przy remoncie. Okazało się, że pojazdów takich jest ledwie około 7%.

  Pierwsze alarmowe dostawy dla milicji miały miejsce poprzez most powietrzny. Czołgi ładowano na lotnisku Emeljanowo (85 km od 2544. Bazy Rezerwy Czołgów) na ciężkie samoloty transportowe An-124 i transportowano drogą powietrzną do obwodu rostowskiego, z reguły do Taganrogu. Następnie naczepami niskopodwoziowymi dowożono wozy do granicy, skąd pojazdy już o własnych siłach, dojeżdżały w rejon walk. Kolejne dostawy przeprowadzono już eszelonami kolejowymi do Rostowa i Taganrogu, bezpośrednio z Jednostki Wojskowej 54630. Ile maszyn dostarczono w ten sposób? Mostem powietrznym około 10 pojazdów w czerwcu, w lipcu 20 czołgów T-64A/B oraz BW. W sierpniu 2014 roku, po wkroczeniu rosyjskich batalionowych grup bojowych na teren wschodniej Ukrainy, utrzymywanie pozorów nie miało już sensu, i wówczas dostarczono wojskom ługańskiej i donieckiej milicji czołgi T-72B. Jednak już w listopadzie tego samego roku do separatystów dotarła kolejna partia, zapewne przygotowywanych od dłuższego czasu T-64BW, licząca 35-40 pojazdów przetransportowanych koleją w rejon przygraniczny. Łącznie, obu „republikom ludowym” dostarczono około 70-80 maszyn rodziny T-64. Po listopadzie 2014 roku, z racji zakończenia gry pozorów oraz pojawiających się problemów logistycznych związanych z dostępnością części zamiennych, partie przekazywanych czołgów obejmowały już jedynie wozy T-72. Niemniej T-64 w liczbie pozwalającej na wyekwipowanie dwóch „starych pułków” (lub nowych brygad zmechanizowanych) zostały dostarczone i zagospodarowane przez separatystów. Wozy te zostały użyte między innymi w ramach 7. Samodzielnej Brygady Pancernej do ataków na Debalcewo.

Wieża T-64 z widocznymi dwoma trafieniami.

   Pechowy czołg, bohater artykułu, poruszał się na szpicy ataku na wschód od stacji kolejowej Ridkodub, ważnego punktu przed drogą E50 prowadzącą do Debalcewa. Pojazd otrzymał dwa trafienia pociskiem przeciwpancernym stabilizowanym brzechwowo z odrzucanym sabotem (APFSDS). Tego rodzaju czołgowa amunicja, od elementu prowadzącego penetrator w lufie, nazywana jest potocznie „sabotem”. Oba trafiły w prawą stronę wieży, miejsce dowódcy pojazdu, pod kątem około 10 stopni w prawo od osi podłużnej wieży. Pancerz zasadniczy wieży czołgu T-64B ma grubość z przedziału pomiędzy 465 mm a 635 mm dla kąta 0 stopni od osi armaty i składa się z odlewanej skorupy wieży z komorą, w której znajduje się struktura siatki przestrzennej mającej na łączeniach drutów mocowane kule korundowe. Komora oraz kule korundowe zalane są stopem aluminium. Dla kąta 30 stopni od osi armaty, grubość sprowadzona pancerza wieży wynosi około 460-470 mm. Podawana w źródłach ukraińskich (m.in. A. Tarasenko), odporność frontu wieży przeciw pociskom podkalibrowym oscyluje wokół 420-450 mm RHA, zaś wobec pocisków kumulacyjnych 550 mm RHA. Pierwszy penetrator trafił w górną część frontu wieży na granicy początku stropu pojazdu. Uderzenie to nie spenetrowało pancerza, ale zostawiło wyraźne ślady brzechw stabilizujących penetratora.

   To dosyć rzadkie, ale można określić jaki rodzaj APFSDS-T trafił we wspomniany czołg. Armia ukraińska masowo używała pocisków 3BM26 produkowanych od 1983 roku. Posiadały one specyficzny, wydłużony stalowy penetrator z małym wolframowym „subrdzeniem” na końcu (tungsten slug). Taka budowa miała sprzyjać penetrowaniu zachodnich pancerzy specjalnych (przekładkowych). W zamyśle konstruktorów, przednia cześć penetratora miała przebić płytę czołową np. czołgu M1 Abrams, następnie „aktywować” warstwy NERA/NxRA pancerza i wymusić ich ruch, zaś umieszczony na końcu wolframowy „subrdzeń” miał łatwo pokonać zdezintegrowane już warstwy pancerza i przebić płytę kończąca układ. Finalnie okazało się to być nietrafionym pomysłem, z którego Sowieci wycofali się już w 1985 opracowując 2BM32 Vant z rdzeniem z zubożonego uranu, i w 1987-1988 konstruując 3BM42 Mango z dwusegmentowym penetratorem wolframowym.

Pocisk podkalibrowy 3BM26. W zbliżeniu – wolframowy „subrdzeń”. fot. zbiory Autora

   Pocisk 3BM26, powszechnie używany przez Ukraińców, z dystansu 2000 metrów mógł pokonać do 400 mm stali pancernej w płycie pochylonej pod kątem 60 stopni. Dla płyty prostopadłej, wartość ta była odpowiednio mniejsza i wynosiła około 370 mm. Było to za mało, aby przebić front wieży T-64BW. Jednakże wojenne szczęście stało tego dnia po stronie ukraińskiej załogi. Drugi penetrator trafił w wyjątkowo słaby punkt wieży, w obszar między otworem na sprzężony karabin maszynowy a maską armaty. Grubość na tym obszarze wieży to ledwie kilkadziesiąt milimetrów odlewu stalowego. Penetrator przebił pancerz i wniknął pod zespół armaty. Efekt popenetracyjny w przypadku pocisków podkalibrowych jest wyjątkowo morderczy dla załóg znajdujących się we wnętrzu czołgu. Do przedziału bojowego wnika nie tylko resztka penetratora, ale również snop licznych odłamków o dużej masie, prędkości i temperaturze. Tak też było w tym wypadku. Praktycznie natychmiast doszło do zapłonu i wybuchu amunicji składowanej w charakterystyczny sposób w pojeździe. T-64BW separatystów został rozerwany na strzępy w wyniku eksplozji, zaś wieża znalazła się kilkadziesiąt metrów od resztek kadłuba wbita w ziemię. Czy załoga żyła po pierwszym trafieniu? Zdecydowanie tak, ponieważ pancerz wytrzymał trafienie. Co więcej, w przypadku T-64BW, wieża ma wiele warstw pancerza co pozwala rozproszyć energię uderzenia. Dlatego nie ma mowy o zgubnych efektach niepenetrujących (i nierykoszetujących) trafień jak mamy do czynienia w czołgach z monolitycznym pancerzem stalowym. Chodzi o ogłuszające uderzenie, odrywanie elementów wewnętrznego wyposażenia wozu rażących załogę, skutkujących często trwałym wyłączeniem załogi z walki.

   W przypadku trafionego T-64BW warstwa odlewu aluminiowego z zatopionymi kulami korundowymi powinna zapobiec tego typu drastycznym efektom. Choć bez wątpienia załoga poczuła trafienie, zaś wstrząs po nim musiał być silny. Teoretycznie między pierwszym a drugim uderzeniem musiało upłynąć około 8 sekund. Tyle czasu zajmuje przeładowanie w T-64B armaty z karuzelowego automatu ładowania (minimum 6 sekund) i oddanie drugiego, szybkiego, strzału (do 2 sekund). Raczej nie dawało to załodze szansy na ucieczkę.

   Los zniszczonego 10 lutego 2015 roku czołgu separatystów jest dobrym przykładem na to, jak groźny potrafi być środek rażący, nawet, jeżeli teoretycznie jego przebijalność pancerza jest niższa niż stopień ochrony trafionego pojazdu. Dzieje się tak za sprawą istnienia pewnych stref osłabionych pancerza wozów, co było omówione na przykładzie T-72B w artykule publikowanym w Dzienniku Zbrojnym.

  Szanse na tak szczęśliwe, dla atakującego, trafienie we front pojazdu, wynoszą od 20 do prawie 45 %. Wskaźnik różni się w zależności do typu czołgu i rdzaju czynnika rażącego. Dlatego też mimo, że czołgi mają z reguły pancerz zabezpieczający je przed odpowiadającą im generacyjnie bronią przeciwpancerną, nie mamy do czynienia z ochroną absolutną. W przypadku opisywanego pojazdu drugie trafienie „sabotem” okazało się być zabójcze, właśnie na skutek istnienia takiej strefy osłabionej.

Jarosław Wolski





Rejestracja

Funkcja chwilowo niedostępna

×

Logowanie

×

Kontakt

×
Bezzałogowy General Atomics MQ-1C Gray Eagle

Bezzałogowy General Atomics MQ-1C Gray Eagle

Rok 2002 przyniósł dwa bardzo istotne wydarzenia dla przyszłości floty systemów bezzałogowych US Army. Jednym z nich było rozpoczęcie dostaw, pocho...

więcej polecanych artykułów