Serwis używa cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.
zamknij   

szukaj

2015-02-21 17:41:30

Twardy pancerz, czyli czy czołg zawsze wybucha po trafieniu. Cz. VI - Ukraińska hekatomba

     Obecny konflikt na Ukrainie dostarcza wielu przykładów pojazdów pancernych o różnym stopniu porażenia praktycznie wszystkimi możliwymi środkami przeciwpancernymi – od czołgowych pocisków podkalibrowych, przez miny i fugasy, po kierowane rakiety przeciwczołgowe i artylerię. W zestawieniu tym, póki co, brakuje tylko lotnictwa. Dodatkowo należy zauważyć, że zarówno czołgi, jak i różne rodzaje broni przeciwpancernej są „żywcem” przeniesione z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.

 T-64BW uszkodzony na minie przeciwpancernej TM-62.

   Niestety konflikt ten nie pozwala na wysnucie generalnej konkluzji o przeżywalności pojazdów pancernych i skuteczności broni przeciwpancernej z lat osiemdziesiątych, ponieważ głównym sprawcą masowego pogromu ukraińskich pojazdów pancernych są sami Ukraińcy, a dokładnie sposób w jaki wykorzystują pojazdy. Składa się na to wiele czynników. Po pierwsze, siły zbrojne Ukrainy od 1993 roku poddawane były systematycznemu rozkładowi. Wyszkolenie załóg czołgów było słabe i nie odpowiadało standardom zachodnim, zaś dobór kadry dowódczej średniego i wyższego szczebla uzależniony od tzw. czynników pozamerytorycznych. Po drugie, w marcu 2014 roku armia była zupełnie nieprzygotowana do działań, zaś sytuacja parlamentarnego zamachu stanu doprowadziła do czasowej bezwładności w strukturach dowodzenia sił zbrojnych oraz do wzrostu znaczenia jednostek ochotniczych oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W trakcie walk skutkowało to rozproszeniem sił i brakiem jednolitego dowodzenia.

  Do problemów na poziomie państwowym i generalnie operacyjnym, dołączyły nie mniej poważne błędy o charakterze taktycznym. Można wręcz napisać, że czołgów używano w sposób w większości sprzeczny z ogólnie przyjętymi zasadami ich użycia. Przede wszystkim pojazdy działały bez widocznego i skutecznego wsparcia piechoty, co gorsza z reguły siłami plutonów, a nie kompani lub też zgrupowań batalionowych. Bezsensowne rozproszenie wozów i przyporządkowywanie ich do aktualnie teoretycznie zdolnych do walki pododdziałów armii, MSW oraz batalionów ochotniczych neutralizowało przewagę czołgów w postaci zmasowania siły ognia oraz wzajemnej osłony nie tylko pojazdów w ramach plutonu, ale przede wszystkim odbierało im atuty działania siłami całego pododdziału (mobilność, zmasowanie siły ognia, osłona skrzydeł, punktów oporu, ogień flankujący). Rozpoznanie oraz ubezpieczenie maszyn podczas marszu było bardzo słabe i na tyle nieskuteczne, że umożliwiało organizowanie zasadzek na poruszające się w kolumnach czołgi. Brakowało również wsparcia lotnictwa – śmigłowce zostały szybko zneutralizowane poprzez masowe użyciem dostarczonych z Rosji systemów klasy MANPADS (przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych Igła), zaś lotnictwo odrzutowe – użyciem działających w pasie nadgranicznym systemów 9K37 Buk-M1, a przede wszystkim 96K6 Pancyr-S1. Co gorsza, pojazdy używano nieraz jako stałe punkty ogniowe, co wystawiało je na ryzyko skutecznych ataków artylerii. Dodatkowym problemem był (i jest) zupełny brak kamer termowizyjnych na wozach ukraińskich. Bierność oraz wspomniane dzielenie pododdziałów i związków taktycznych na plutony dodatkowo uwypuklało wady systemów obseracyjno-celowniczych, ponieważ uniemożliwiało podział dozorów obserwacji na niewielkie sektory i przyporządkowanie ich poszczególnym wozom plutonów działających w ramach kompanii. Dodatkowo słabe wyszkolenie załóg oraz problemy z wsparciem technicznym potęgowały problemy użycia czołgów w Donbasie, zaś przykłady ewakuacji uszkodzonych pojazdów praktycznie nie występują na bogatym materiale audiowizualnym.

Radość ze zdobytego pojazdu ze wszech miar uzasadniona – o ile nie jest odkształcone dno kadłuba, a napęd i przeniesienie nie zostały uszkodzone, o tyle pojazd może zostać przywrócony do służby. Brak dobicia, lekko uszkodzonego a nie ewakuowanego, pojazdu wystawia bardzo złe świadectwo ukraińskim pancerniakom.

  W świetle powyższych faktów absolutnie nie dziwi hekatomba armii ukraińskiej w 2014 roku. Liczba zniszczonych ukraińskich czołgów, potwierdzonych materiałem fotograficznym, wynosi około 102 sztuki, co stanowi około 15% liczby wszystkich czołgów Wojsk Lądowych Ukrainy wykazywanych w 2013 roku do CFE (686 maszyn). Uwzględniając realną szczupłość sił ukraińskich biorących udział w operacji antyterrorystycznej oraz relatywnie niewielki obszar działań daje nam to obraz zupełnie niewspółmiernych, wręcz niewiarygodnych, strat broni pancernej, w konflikcie jedynie o charakterze lokalnym, a nie pełnoskalowym.  Sytuację Ukraińców wymiernie ratuje sprawny, przeniesiony wprost z czasów ZSRR, system mobilizacyjny oraz ogromne zapasy pojazdów pancernych w składach mobilizacyjnych.  Dzięki dekadom istnienia nie zmienionej instytucjonalnej paranoi administracyjnej oraz fatalnej  gospodarki zachowano gigantyczny potencjał mobilizacyjny – jeszcze z czasów ZSRR. W efekcie dochodzi do paradoksalnej sytuacji gdzie Ukraińcy mają więcej zmobilizowanego sprzętu niż gotowych jednostek i przeszkolonych żołnierzy. Umożliwia to organizowanie kolejnych fal mobilizacji oraz uzupełnianie bardzo poważnych strat po letniej klęsce 2014 roku.  

  Jak zatem giną ukraińskie czołgi? Pośrednio na skutek wyjątkowo nieporadnego ich użycia, zaś bezpośrednio na skutek  min i fugasów, ostrzału artylerii, oraz zmasowanego użycia dedykowanej broni przeciwpancernej piechoty. Przykładem użycia pierwszego z czynników rażących są zamieszczone powyżej zdjęcia zmobilizowanego ze składów czołgu T-64BW. Pojazd najechał na minę przeciwpancerną TM-62 której eksplozja spowodowała wyrwanie połowy kół bieżnych i wahaczy z lewej strony kadłuba, zerwanie kawałka półki nadgąsienicowej wraz ze zbiornikami paliwa oraz powyrywanie drążków skrętnych zawieszenia. O ile nie doszło do odkształceń dna kadłuba i uszkodzeń silnika oraz planetarnych przekładni bocznych wraz z kołami napędzającymi, o tyle pojazd jest zdatny do naprawy w warunkach polowych w ciągu mniej niż trzech dób. Pod warunkiem, że zostanie ewakuowany z pola walki. Rzeczony pojazd nie został i w konsekwencji  zasilił szeregi „start bezpowrotnych” armii ukraińskiej oraz pojazdów zdobytych przez separatystów a zdatnych do naprawy.

Holowanie ciężko uszkodzonego przez artylerię T-64BW. Mimo, że czołg porusza się na własnych gąsienicach to stanowi stratę bezpowrotną.

  Brak dobicia uszkodzonego pojazdu jest kolejnym „skandalem” związanym z tym wozem. O ile faktycznie nie zawsze odholowanie pojazdu jest możliwe, o tyle dobicie go – prawie zawsze. W najprostszej wersji jest to strzał z drugiego pojazdu w tył wieży oraz burty kadłuba, w przypadku posiadania czasu – wymontowanie radiostacji, karabinów maszynowych, zabranie „drobnych” rzeczy załogi, a potem wlanie do środka paliwa oraz wrzucenie granatu zapalającego. Z niewiadomych przyczyn nie miało to miejsca w przypadku tego wozu.

  Kolejnym, dużo skuteczniejszym mordercą ukraińskich tanków jest „Bóg Wojny” - artyleria. Z uwagi na epizodyczne stosowanie przez Rosjan amunicji kierowanej półaktywnie laserowo typu Krasnopol kalibru 152 mm podczas wakacyjnych walk 2014 roku, pojazdy spod znaku tryzuba były i są niszczone przeważnie klasycznymi pociskami artyleryjskimi. Tworzenie stałych punktów oporu z nieruchomymi pojazdami tylko ułatwia zadanie rosyjskiej artylerii oraz potęguje straty. Podstawą obrony powinien być manewr i szybkie wyjście spod ognia artylerii. Dlaczego jest to takie ważne? Ponieważ zwykłe niekierowane pociski armatnie są obecnie dużo poważniejszym zagrożeniem dla czołgów niż się to powszechnie wydaje.  

Inne ujęcie tego samego czołgu po holowaniu. Pojazd ma na tyle ciężkie uszkodzenia, że jego remont nie będzie opłacalny.

  Dobrym dowodem na taką tezę są amerykańskie testy z lat osiemdziesiątych dotyczące skuteczności masowego ognia artylerii przeciw jednostkom pancerno-zmechanizowanym znajdującym się w obronie. Przeprowadzono trzy próby. Pierwsza polegała na ostrzelaniu 56 nabojami odłamkowo-burzącymi ugrupowania transporterów M113 i M557, ciężarówek i czołgów M48. Rezultatem było osiągniecie zauważalnych uszkodzeń na 60% pojazdów. Mimo, że żaden czołg nie został trafiony bezpośrednio, eksplozje oraz odłamki zrywały koła bieżne, gąsienice, niszczyły optykę oraz podpaliły jeden pojazd. Druga próba polegała na zasymulowaniu  sowieckiej nawały artyleryjskiej podczas przełamywania przygotowanych pozycji obronnych piechoty zmechanizowanej o długości 250 m. Piechota (manekiny) miała utworzone polowe schrony i okopy, zaś wozy bojowe były ukryte w okopach z pozycjami „hull down” i „turret down”. Nawała artyleryjska z 24 dział polegała na wystrzeleniu około 110 pocisków na lufę (łącznie 2600), co odpowiadało kilkugodzinnemu „klasycznemu” przerywaniu frontu przez artylerię sowiecką. Rezultatem była śmierć 50% żołnierzy  broniących obsadzonego odcinka oraz obezwładnienie połowy okopanych bojowych wozów piechoty i czołgów. Nawet jeżeli pojazdy nie były niszczone to odnosiły tak ciężkie uszkodzenia układu bieżnego, optyki, systemu kierowania ogniem i silnika, że de facto stawały się bezużyteczne. Trzecia seria testów dotyczyła określenia w jakiej odległości i w jakim stopniu detonacja 155-mm pocisku artyleryjskiego uszkadza nieokopany pojazd. Trafienia poniżej 30 m poważnie uszkadzały inne niż czołgi pojazdy, zaś trafienia bezpośrednie lub w odległości około 3 m  były w stanie trwale wyeliminować z walki czołgi – nie dochodziło co prawda do zniszczenia pojazdu, ale odniesione uszkodzenia były tak poważne, że zmuszały do sklasyfikowania wozu jako „straty”. W innych testach, z lat dziewięćdziesiątych, porównywano skutki ostrzału ugrupowania złożonego z trzech czołgów, sześciu bojowych wozów piechoty, ośmiu ciężarówek, sześciu działek przeciwlotniczych i jednego łazika przez 432 pociski M107 kalibru 155 mm co odpowiada ogniowi 24 haubic M109 (po 18 naboi na haubicę) w ciągu 3 minut. Rezultatem było 8 trafień bezpośrednich które przypadły na 2 z 3 czołgów, 4 z 6 BWP i 2 z 8 ciężarówek. Inaczej rzecz ujmując na 17 pojazdów 8 było trafionych bezpośrednio – co oznaczało ich zniszczenie lub bardzo poważne uszkodzenie. Metoda ochrony przed tak silną nawałą artyleryjską jest tylko jedna - wyjście pododdziału spod ognia.

Wieża trafionego przez pocisk artyleryjski T-64BW. Bezpośrednie trafienie zerwało właz działonowego, celowniki, oraz wygięło skorupę stropu wieży.

  Jak powyższe testy rodem z USA mają przełożenie na walki na wschodzie Ukrainy? Oczywiście separatyści nie mają możliwości sprzętowo-zaopatrzeniowych do prowadzenia takich nawał, choć strzelający w lipcu-sieprniu przez granicę artylerzyści rosyjscy mogli osiągnąć natężenie ognia rzędu  podobnego do opisywanego ostatniego z amerykańskich testów. Separatyści i ich możliwości  bliżsi są raczej pierwszej z prób (56 naboi). Niemniej faktem jest, że taktyka Ukrainców polegająca na okopywaniu się mieszanymi plutonami kilkunastu wozów w składzie czołgów, bwp, transporterów i artylerii okazała się fatalna. Tego typu nieruchome zgrupowania mogą być porażone celnym, bo korygowanym, przez dobrze wyszkolonych obserwatorów, ogniem artylerii – nawet w ilości zaledwie kilku (6-12) dział. W efekcie na wielu czołgach ukraińskich widać ślady ostrzału. Dobrym przykładem takiego pojazdu są powyższe zdjęcia czołgu holowanego przez BREM. Mimo, że pojazd porusza się na własnych gąsienicach to jego uszkodzenia są na tyle poważne, iż najprawdopodobniej stanowi stratę bezpowrotną. Na dobrej jakości zdjęciach widać zerwane wyposażenie zewnętrzne, wyrwany właz celowniczego, rozbitą optoelektronikę, w tym zniszczony celownik działonowego, rozerwaną burtę oraz pogięty właz kierowcy. Naprawa tak uszkodzonego pojazdu jest możliwa tylko w warunkach fabrycznych, natomiast na pewno nie jest uzasadniona ekonomicznie. Innym przykładem jest czołg widoczny na Rys.5 i Rys.6. Mimo braku eksplozji oraz wypalenia pojazdu, stanowi on stratę bezpowrotną. Ostrzał artylerii, a przede wszystkim bezpośrednie trafienie w strop wieży, zerwał celowniki i właz działonowego, zniszczył optykę pojazdu i pancerz reaktywny, a przede wszystkim – wygiął strop wieży. Zwłaszcza ostatnie z uszkodzeń jest praktycznie nie do naprawienia w odlewanych skorupach wozów sowieckich, zatem pojazd de facto jest wrakiem.

Zdjęcie włazu dowódcy tego samego pojazdu. Zwraca uwagę zerwane i poniszczone wyposażenie tyłu wieży oraz uszkodzenia zewnętrznej wykładziny antyradiacyjnej „nadboju”. Posiekana odłamkami wewnętrzna strona włazu dowódcy, oraz brak śladów krwi w czołgu  (na innych zdjęciach) skłania ku tezie, że załogi nie było w pojeździe w chwili ostrzału lub też, że zdołała ona go opuścić między kolejnymi salwami artylerii.  

  Kolejnym czynnikiem rażącym są dedykowane środki przeciwpancerne – czołgowe pociski podkalibrowe (APFSDS) oraz przeciwpancerne pociski kierowane i granaty kumulacyjne. Stosunkowo rzadko widać ślady używania APFSDS – przyczyn takiego faktu należy szukać po pierwsze w nieczęstych pojedynkach pancernych obu stron, a po drugie w kłopotach z jednoznaczną identyfikacją czynnika rażącego. Wielokrotnie widać ślady trafienia czołgów przez różne rodzaje amunicji – od artylerii przez amunicję małokalibrową, po ppk i pociski armatnie. Utrudnia to rzetelną analizę tego co było pierwotnym, a co wtórnym czynnikiem rażenia. Dodatkowo z racji używania przez obie strony przestarzałych typów przeciwpancernej amunicji czołgowej, takiej jak pociski podkalibrowe 3BM15, 3BM22 i 3BM26 możliwym jest, że zmasowany ogień rakiet przeciwpancernych oraz granatników ma większą szansę zniszczenia pojazdu niż pocisk APFSDS. Jest to paradoksalna i zupełnie odwrotna niż w krajach NATO sytuacja. W państwach takich jak USA, Niemcy, Izrael, Republika Korei i częściowo Rosja to właśnie nowoczesne pociski podkalibrowe z rdzeniami o sporym wydłużeniu i przebijalności ponad 650 mm stali RHA z odległości 2000 m są prawdziwymi „mordercami czołgów”.

Wieża pechowego T-64BW. Widać ślad po niegroźnym trafieniu w górną krawędź wieży oraz miejsce po drugim -śmiertelnym – trafieniu na prawo do sprzężonego karabinu maszynowego. Fot. TV.

  Podczas obecnego konfliktu najnowocześniejszą amunicja APFSDS dostępną obu stronom jest pocisk 3BM42 Mango, produkowany od 1986 roku, z rdzeniem wolframowym – w zależności od przyjętej metody szacowania przebijalności ma on zdolność do pokonania od 440 mm (norma rosyjska) do 480 mm (norma NATO) stali z odległości 2000 m. Przy dystansie o  połowę mniejszym Mango powinien przebić 500 mm stali według normy NATO (50% + 1 przebić w badanej grupie pocisków). Teoretycznie powinno to wystarczyć do pokonywania osłony pancerza wszystkich ukraińskich czołgów T-64BW, jednakże ślady użycia pocisków podkalibrowych są na tyle rzadkie, że nasuwa się teza o niewielkiej ilości tych pocisków lub – według niektórych ocen – nie występowaniu ich na ukraińskim polu walki. W efekcie należy uznać, że stosowane są popularne (potwierdzone na materiale audiowizualnym) pociski 3BM22 i 3BM26 – zupełnie przestarzałe, ale groźne dla boków i rejonów osłabionych w czołowym pancerzu pojazdów.

  Niezależnie od powyższych kwestii przynajmniej na kilku wozach można znaleźć świadectwa dramatycznych pojedynków. Takim przykładem jest wieża zniszczonego T-64BW zamieszczona na zdjęciu powyżej. Można zauważyć na niej dwa ślady trafienia przez pociski podkalibrowe – pierwszy z nich trafił w „rant” górnej krawędzi odlewanej skorupy wieży i został wyhamowany w jej głębszych warstwach. Drugie trafienie - śmiertelne dla wozu i załogi – miało miejsce między otworem na sprzężony karabin maszynowy a armatę, praktycznie wprost w jej mocowanie. Obszar odlewany wieży w tym miejscu ma grubość mniej niż 200 mm i z łatwością został spenetrowany przez pocisk. Na skutek eksplozji amunicji w pojeździe wieża została odrzucona kilkanaście metrów od pojazdu i wbita w ziemię. 

Czołg T-64BW o numerze taktycznym „222” - jeszcze po stronie armii Ukraińskiej. Zwraca uwagę typowy dla wozów mobilizowanych kamuflaż.

  Innym i bardzo ciekawym przykładem jest mobilizowany ze składów T-64BW o numerze 222 i symbolu kropki wpisanej w trójkąt równoramienny. Czołg ten służył pierwotnie w 18. Brygadzie Pancernej i posiadał numer seryjny 09ET18058. Oznacza to, że pojazd został wyprodukowany  we wrześniu 1986 roku w fabryce w Charkowie. Jest to zatem dość rzadki przykład pojazdu późnej serii produkcyjnej T-64BW, który od razu po opuszczeniu fabryki skierowano do jednego z licznych mobilizacyjnych składów materiałowych. Dodatkowo wskazuje na to kolor farby jakim pokryto pojazd. Pancerz owego pojazdu nie różni się kompozycją od wozów które później przerabiano do standardu BM Bułat i jego odporność wynosi dla pancerza wieży od 420 do 450 mm RHA przeciw pociskom podkalibrowym oraz około 550 mm stali RHA przeciw pociskom kumulacyjnym. Pancerz kadłuba stanowi odpowiednik 430-440 mm stali RHA przeciw APFSDS i około 510 mm przeciw amunicji kumulacyjnej. Obłożenie wieży i kadłuba pancerzem reaktywnym 4S20 Kontakt-1 znacząco podnosi odporność pojazdu na trafienia nie tandemowych głowic kumulacyjnych, ponieważ redukuje ich przebijalność o 50-80%, zależnie od typu głowicy i kąta trafienia.

Ukraiński pancerniak pokazuje ślady po walce. Fot. TV.

  Czołg ten pierwotnie brał udział w pojedynku pancernym z wozem separatystów. Według relacji ukraińskiego pancerniaka podczas nagłego starcia „222” jako pierwszy dostał trafienie w przednią płytę kadłuba, ale jego załoga zdołała szybko trafić pojazd „milicji” i tym samym zmusić załogę do ewakuacji z uszkodzonego pojazdu. Istotnie na płycie przedniej „222” widać ślad po penetratorze pocisku podkalibrowego. Trafienie było na tyle szczęśliwe dla załogi, że nawet ultranowoczesny pocisk nie zniszczyłby wozu – po prostu kąt uderzenia jest taki, że tor penetracji prawdopodobnie przebiegłby od płyty frontalnej przez warstwy pancerza, aż do burty kadłuba między kołem napinającym, a pierwszym kołem bieżnym. Jednym zdaniem nawet przebity na wylot czołg nie zostałby zniszczony ponieważ kanał penetracji nie przebiegałby przez przedział załogi. Jednakże fortuna nie sprzyja wiecznie i los typowy dla ukraińskich czołgów dopadł w końcu „222”. Pojazd został uszkodzony a następnie porzucony przez załogę. 

Przednia płyta pojazdu po trafieniu pociskiem podkalibrowym – ślad po pierwszych walkach pojazdu.

  Na zdjęciach porzuconego pojazdu widać uszkodzenia po pierwszym starciu, ale też ślady porozrywanego amunicją małokalibrową wyposażenia oraz ślady po trafieniu w wieżę pojazdu. Przyczyną opuszczenia czołgu było dwukrotne trafienie głowicami kumulacyjnymi (ppk lub czołgowy pocisk kumulacyjny BK) w prawą stronę wieży. Zerwały one kości ERA oraz uszkodziły pojazd. Na dostępnych zdjęciach brak jest śladów pożaru pojazdu, brak też osmalenia otwartych włazów, zaś jego prawa strona jest nieuszkodzona. Można zatem przypuszczać, że „frontowe szczęście” nie opuściło „222” i pojazd znajdzie nowych właścicieli – podobnie jak „Wołki”.

Uszkodzenia frontu lewej strony wieży „222” z bliska. Pojazd jest uszkodzony, ale nie zniszczony.

  Jak można zauważyć ukraińskie czołgi padają ofiarami rożnych środków rażenia – dominują nosiciele głowic kumulacyjnych, ale duży udział ma artyleria, fugasy i epizodycznie pociski podkalibrowe. Oczywiście nie każdy trafiony czołg oznacza pojazd zniszczony (strata bezpowrotna). Znane są przypadki wozów które trzykrotnie, po uszkodzeniach, zmieniały właścicieli – jak choćby zdobyty obecnie przez separatystów w rejonie Debalcewa ukraiński T-72BW, który  jeszcze wcześniej został zdobyty przez Ukrainców na separatystach.  Rzeczony czołg, w coraz to gorszym stanie, zdążył na przestrzeni pół roku trzy razy zmienić strony konfliktu.

Jarosław Wolski




Rejestracja

Funkcja chwilowo niedostępna

×

Logowanie

×

Kontakt

×
Morska tarcza może obronić się sama?

Morska tarcza może obronić się sama?

Artykuł stanowi głos polemiczny w odniesieniu do raportu „Tarcza broni tarczy – zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa wynikające z koncepcji fregat...

więcej polecanych artykułów