Serwis używa cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.
zamknij   

szukaj

2013-02-09 14:09:19

Okręty podwodne z rakietami albo żadne – przyszłe siły podwodne Marynarki Wojennej RP

     Większości z nas mniej czy bardziej znane są hasła: socjalizm albo śmierć czy nowsze, Nicea albo śmierć. Do katalogu wyrażeń medialnych dodajmy jeszcze jedno: okręt podwodny z rakietami manewrującymi albo śmierć. W przypadku zakupu nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej nie ma już miejsca na kompromis i transakcję nie powiązaną. Podpis pod dokumentami określającymi dostawę sprzętu dla polskich podwodniaków powinien łączyć nabycie jednostek podwodnych i pocisków manewrujących. I to bez odkładania na później. To poważna inwestycja, obarczająca kraj dużym kosztami finansowymi dlatego powinna przełożyć się na faktyczny skokowy przyrost potencjału obronnego Polski.

Sytuacja obecna

    Od blisko dekady potencjał polskich sił podwodnych pozostaje na niezmienionym poziomie. W ramach gdyńskiej 3. Flotylli Okrętów funkcjonuje Dywizjon Okrętów Podwodnych złożony z pięciu jednostek: okrętu podwodnego projektu 877E Pałtus (ORP Orzeł) oraz czterech jednostek projektu 207 Kobben (ORP Sokół, ORP Sęp, ORP Bielik oraz ORP Kondor).

   ORP Orzeł choć najmłodszy, wcielony do polskiej Marynarki Wojennej w kwietniu 1986 roku, lata świetności ma już za sobą, jak łatwo skonstatować jednostka liczy już sobie 27 lat. Przez cały czas służby nie został poddany większej modernizacji, przedstawia obecnie sobą poziom techniczny z końca la 70-tych. Uznawany za okręt bardzo udany (niewykluczone, że prezentuje wyższe, niż zwykle sprzęt kierowany dla sojuszników, możliwości, powstawał być może najpierw dla floty z czerwoną gwiazdą) Orzeł ma potencjał modernizacyjny, o czym świadczy choćby ostatni przykład gruntownych prac prowadzonych przez Rosjan na 6 indyjskich jednostkach typu Kilo (Kilo to oznaczenie NATO dla projektu 877) – pierwotnie wprowadzonych do hinduskiej służby prawie równocześnie z polską jednostką (pierwszy indyjski Kilo dostosowany do klimatu gorącego podniósł banderę również w kwietniu 1986 roku). Na typie Sindhughosh (nazwa lokalna tego typu w MW Indii) prowadzone są – za kwotę około 80 mln USD za okręt – remonty kadłuba, zabudowywane nowe systemy dowodzenia, łączności, walki elektronicznej, sonary USHUS oraz uzbrojenie w postaci kierowanych pocisków rakietowych 3M-54E Club-S o zasięgu do 300 kilometrów. Jednostki dostają drugą młodość. W przypadku polskiego Orła nie posiadamy możliwości prac w takim zakresie w stoczniach krajowych, a z powodów politycznych oraz wojskowych nie możemy takich zleceń przeprowadzić, jak Hindusi, w rosyjskiej stoczni Zwiezdoczka z Siewierodwińska. Polski, blisko 2500-tonowy Kilo, jest więc niestety tylko cieniem swojej legendy i z każdym rokiem ten cień będzie niknął. Według prezentowanej w marcu 2012 roku i w głównych założeniach aktualnej koncepcji rozwoju Marynarki Wojennej, ORP Orzeł przewidziany jest do wycofania w 2022 roku, będzie miał wówczas za sobą 36 lat służby.

ORP Orzeł i generalnie jednostki projektu 877 to okręty o udanej konstrukcji, trzeba pamiętać, że reprezentują poziom techniczny z przełomu lat 70/80-tych. fot. P. Leoniak.

   Cztery, a w zasadzie pięć (piąty stał się początkowo pływającym magazynem części zamiennych a ponad rok temu pomnikiem przed Akademią Marynarki Wojennej) okrętów podwodnych projektu 207 Kobben to pod względem wielkości i możliwości jednostki idealne do działania na płytkim i relatywnie niewielkim Morzu Bałtyckim. Wypierające po 460 ton okręty, z kilkunastoosobową załogą, o niewielkiej autonomiczności mogły być podsystemem morskiego potencjału obronnego Polski. Cóż z tego, skoro wcielono je do służby w Norwegii w latach 1964-67, czyli ich metryki wykazują już od 46 do 49 lat! To nie jest powód do chluby i ciekawe jak Marynarka Wojenna odnotuje półwiecze Sokoła czy Sępa? Kobbeny już dawno odeszłyby do historii gdyby nie przeprowadzona w Norwegii na przełomie lat 80- i 90-tych ubiegłego wieku modernizacja związana z wymianą systemów elektronicznych, rozpoznawczych (sonar), łączności i dowodzenia. Przy okazji wypiaskowano kadłuby co ma swoje następstwa – okręty posiadają cieńsze poszycie i mniejsze dopuszczalne zanurzenie. Następnie, na zasadzie darowizny Norwegia przekazała Polsce pięć wspomnianych jednostek, z których cztery w latach 2002-2003 wcielono do służby czynnej. Raczej z braku innych dostępnych środków, czterokrotnie (3 razy ORP Bielik oraz raz ORP Kondor) polskie okręty projektu 207 uczestniczyły w Natowskiej operacji Active Endeavor na Morzu Śródziemnym. Prowadzono obserwację żeglugi we wskazanym rejonie w ramach działań kontrterrorystycznych. Było to z pewnością dużym wydarzeniem, praktycznym przecieraniem szlaków współpracy z sojuszem, ale i dużym wyzwaniem dla małych i starych okrętów (rejs dookoła Europy: z Morza Bałtyckiego na Morze Śródziemne i z powrotem). Do tego nikt ich nie projektował. Według wspomnianej koncepcji modernizacji MW, wszystkie okręty podwodne typu Kobben mają być wycofane już do 2016 roku.

Jak poczynają sobie sąsiedzi?

   Nim przejdziemy do propozycji wymiany naszej floty podwodnej, warto pokrótce spojrzeć na sąsiadów, a w ostatnich latach sporo w tym względzie się u nich zmieniło. Okręty podwodne w basenie Morza Bałtyckiego oprócz Polski utrzymują jeszcze Rosja, Niemcy oraz Szwecja. Finowie zrezygnowali z posiadania sił podwodnych w 1959 roku i wycofali używany tylko do celów szkoleniowych okręt podwodny typu Vesikko (zbudowany jeszcze w latach 30-tych). Utrzymując Vesikko, trochę wbrew ustaleniom z Aliantami nakładającymi na nich po II wojnie światowej zakaz posiadania okrętów podwodnych, liczono na odbudowę floty także w tym zakresie, takie pomysły Finowie mieli nawet jeszcze pod koniec XX wieku. Zupełnie inaczej było z Duńczykami. Utrzymywali małe, złożone z 4 okrętów, siły podwodne zgrupowane w ramach 5. dywizjonu MW. Prócz zadań typowo obronnych, Duńczycy przewidywali dla swoich jednostek misje rozpoznawcze, związane z monitoringiem rosyjskiej floty nawodnej i podwodnej. Na początku XXI wieku potencjał podwodny Danii składał się ze starych okrętów podwodnych (w tym jeden eks-norweski Kobben). Wydawało się, że nawet po odejściu Norwegów ze skandynawskiego (szwedzko-duńsko-norweskiego) projektu Viking, Duńczycy program pozyskania nowego pokolenia okrętów będą kontynuować. Zabiegał o to także ówczesny minister obrony tego kraju, Svend Aage Jensby, motywując te działania oczekiwaniami ze strony NATO. Trzy Vikingi miały kosztować Danię 4 miliardy koron duńskich, czyli według dzisiejszego przelicznika około 720 mln USD. Stało się jednak inaczej, na taki wydatek zgody nie wyrażono i decyzją parlamentu duńskie siły podwodne przestały istnieć.

   Pozostali trzej użytkownicy okrętów podwodnych w strefie Bałtyku (pomijając nasz kraj) dysponują w miarę nowoczesną flotą tej klasy.

   Niemcy, po wycofaniu z powodów oszczędnościowych w końcu 2010 roku 6 prawie bliźniaczych do Kobbenów okrętów typu 206A pozostali tylko z najnowszymi jednostkami. Deutsche Marine posiadać ma tylko 6 okrętów podwodnych, wszystkie typu 212A. Program ich budowy jest ciągle kontynuowany, cztery jednostki są w służbie w ramach 1. Dywizjonu Okrętów Podwodnych (1. Ubootgeschwader). 1500-tonowe okręty typu 212A stacjonują w Eckernförde (Schleswig-Holstein) nad Morzem Bałtyckim, co jest w dużej mierze efektem kilkudziesięcioletniego inwestowania w to miejsce (nowoczesne centrum szkolenia sił podwodnych). Po wycofaniu przewidzianych głównie do działania na wodach płytkich jednostek typu 206A, Bałtyk – nazywany przez niemieckich podwodniaków „zalanymi łąkami” - jest tylko jednym z akwenów działania niemieckich U-bootów. By dostać się na wody Morza Północnego i na dalsze akweny, mogą one wykorzystać wewnętrzny system śródlądowy w postaci Kanału Kilońskiego, bez potrzeby używania cieśnin duńskich. Chociaż Deutsche Marine w dużej mierze przygotowuje się do działań z dala od macierzystego terytorium, co jest widoczne w konstrukcjach nowo budowanych okrętów nawodnych (gospodarka niemiecka jest nastawiona na eksport realizowany głównie drogą morską, stąd potrzeba zabezpieczenia światowe trasy komunikacji), okręty podwodne typu 212A traktowane są jako element typowo obronny, czego wymownym znakiem jest włączenie Dywizjonu Okrętów Podwodnych w strukturę 1. Flotylli (Einsatzflotille 1) – przewidzianej do działań na wodach szelfowych wespół z korwetami, okrętami przeciwminowymi i patrolowymi.

Deutsche Marine pozostanie z 6 okrętami podwodnymi typu 212A, chociaż stacjonują w bazie nad Morze Bałtyckim, to jednak ten akwen traktowany jest jako pomocniczy dla nich. Na zdjęciu U-34. fot. Bundeswehr.

   Również w szwedzkiej doktrynie wojennej, którą z racji wieloletniej neutralności możemy nazwać typowo defensywną, przez wiele lat dominowała potrzeba posiadania własnego potencjału podwodnego i - w ramach idei samowystarczalności - powstającego siłami własnego przemysłu. Po II wojnie światowej mamy prawdziwy wysyp konstrukcji szwedzkich okrętów podwodnych – pięć pokoleń. Główna baza szwedzkiej marynarki wojennej (Marinen) to Karlskrona. Tam znajduje się 1. Flotylla Okrętów Podwodnych (Första ubåtsflottiljen) wyposażona w trzy okręty podwodne typu Gotland oraz dwa typu Södermanland. Szwedzi uważali i dalej uważają, że okręt podwodny na Bałtyk to doskonałe narzędzie w systemie obronnym. Uzbrojone tylko w torpedy, stanowić mają zaporę przeciwdesantową dla agresora (wraz z okrętami nawodnymi, lotnictwem oraz nadbrzeżną obroną wybrzeża) oraz zabezpieczyć morską komunikację kraju z otoczeniem. Dodatkowe zadania to współpraca z wojskami specjalnymi (w tym kierunku prowadzone były także prace modernizacyjne na używanych i koncepcyjne nowych jednostek) oraz rozpoznanie. Kwestią uwypuklaną taktyce użycia szwedzkich okrętów podwodnych jest zdolność do długotrwałego leżenia się na dnie morza w oczekiwaniu na wykonanie misji oraz wykorzystanie zróżnicowanego wybrzeża szwedzkiego (domena północnej linii brzegowej Bałtyku).

    Po upadku pomysłu krzewienia idei Rewolucji Październikowej u naszego wschodniego sąsiada, co w teorii nastąpiło w 1992 roku (a w praktyce dużo wcześniej), prawowita sukcesorka poprzedniego podmiotu państwowego, Rosja, długo nie inwestowała we własną Flotę Bałtycką. Z jednej strony było to efektem zapaści gospodarczej i braku środków, z drugiej, z uwagi na to, że Bałtyk dla Rosji to regionalny teatr działań. Z powodów operacyjnych – Flota Bałtycka może być w łatwy sposób zamknięta Bałtyku, a przy zdecydowanej postawie Duńczyków, w zasadzie nie mają znaczenia szlaki komunikacyjne poza Bałtyk (kwestia cieśnin duńskich). Zmiany nastąpiły w ciągu ostatniej dekady. Środki finansowe na rozwój sił zbrojnych FR z roku na rok stają się coraz większe, Bałtyk zyskał na znaczeniu jako obszar tranzytowy surowców energetycznych (bałtycki gazociąg Nord Stream), państwa nadbałtyckie weszły w skład NATO, a tym samym rosyjski obwód kaliningradzki stał się „samotną wyspą” (zwaną przez samych Rosjan niezatapialnym lotniskowcem), z którą w przypadku komunikacyjnej blokady lądowej rosyjska macierz będzie chciała utrzymać łączność. Do tego celu przeznaczona jest Flota Bałtycka, rozmieszczona w Bałtijsku (Obwód Kaliningradzki) oraz Kronsztadzie (Obwód Sankt Petersburga). Potencjał podwodny nie był w ostatnich latach silną stroną Floty Bałtyckiej. W Kronsztadzie związek ten dysponuje tylko trzema okrętami podwodnymi: dwoma projektu 877 (B-227 Wyborg i B-806) oraz prototypowym projektu 677 Łada (B-585 Sankt Petersburg). Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że B-806 jest na Bałtyku ponieważ Rosjanie przebazowali jeden z okrętów tego typu z uwagi na wymóg szkolenia zagranicznych załóg z krajów, które zakupiły jednostki projektu 877, czy nawet i 636 oraz to, że Łada, chociaż przyjęta w skład marynarki wojennej trapiona jest licznymi problemami (jak choćby systemu dowodzenia, napędu, systemami sonarowymi) to można uznać, że to bardzo skromny potencjał – jeden okręt operacyjny. Nie do końca jest jasne jak Rosjanie postąpią z podwodną częścią Floty Bałtyckiej w przyszłości (w połowie 2012 roku Rosjanie planowali skierować Sankt Petersburg do Floty Północnej, pojawiła się również zapowiedź, że dwa budowane nad Bałtykiem okręty tego samego projektu również zostaną tam przeniesione).

Rosyjski okręt podwodny projektu 677 Łada nie ma jednoznacznej przyszłości. Są decyzje, że budowa kolejnych jednostek będzie kontynuowana. Jednostkę trapią problemy techniczne, stąd na Morze Czarne Rosja wdrożone będą okręty projektu 636M - czyli zmodyfikowane Kilo.

Śmiemy zatem twierdzić, że polskie plany zakupu trzech nowych okrętów podwodnych, spowodują przyspieszenie inwestycji w podwodną część FB. Najlepszym „opiekunem” okrętu podwodnego przeciwnika jest własny okręt podwodny. Wydaje się, że postąpią podobnie jak z Flotą Czarnomorską – jako element rywalizacji z Turcją (prócz posiadanych okrętów typu 209 Turcja zakupiła niemieckie jednostek typu 214) do 2020 roku na Morzu Czarnym znaleźć się ma 6-12 nowych okrętów podwodnych projektu 636 (czyli zmodernizowanych „877”). Można się zatem spodziewać, że na Bałtyku pojawią się kolejne, już dopracowane Łady (być może z pionowymi wyrzutniami pocisków przeciwokrętowych) lub bezpieczniejszy, bo oparty na sprawdzonej konstrukcji, projekt 636 z pociskami Club (w tym także w wersji do zwalczania celów lądowych).

Czy Polsce potrzebne są okręty podwodne?

   Polska Marynarka Wojenna wypełnia zadania w specyficznym środowisku. Po pierwsze gros jej działań odbywa się ma na stosunkowo małym, płytkim, prawie zamkniętym akwenie morskim, korzystnym hydrologicznie dla działania okrętów podwodnych. Po drugie, potencjalny przeciwnik jest relatywnie blisko. Trudno wskazać drugie podobne środowisko na świecie – takim może być chyba tylko region Morza Czarnego: akwen również prawie zamknięty (cieśnina Bosfor), z niewielkimi odległościami pomiędzy bazami przeciwników (Rumunia, wykorzystującą okręt projektu 877 i Rosja; rosnący potencjał Turcji ukierunkowany jest na basen Morza Śródziemnego, Bliski Wschód i rejon Kaukazu).

   Zgodnie ze „Strategią Obronności Rzeczypospolitej Polskiej” z 2009 roku jednym z elementów SOP (Systemu Obronnego Państwa) są Siły Zbrojne  RP. W ich składzie funkcjonuje, jako Rodzaj Sił Zbrojnych – Marynarka Wojenna RP. „Strategia Obronności Rzeczypospolitej Polskiej” określa (w pkt 106) jej podstawowe zadania w czasie wojny. Są to: „obrona i utrzymanie morskich linii komunikacyjnych państwa podczas kryzysu i wojny oraz niedopuszczenie do blokady morskiej kraju”, czyli: obrona własnych komunikacji morskich, działania kontrblokadowe, obrona systemu bazowania sił własnych oraz obrona i ochrona sił własnych i sił wzmocnienia NATO (bądź) UE w strefie działań.

   Warto jednak zwrócić uwagę na pkt 81 tiret 3 „Strategii”, który brzmi: „Siły Zbrojne RP utrzymują niezbędny poziom zdolności operacyjnych, które powinny zapewnić w razie konfliktuzbrojnego o dużej skali rozwinięcie strategiczne całości sił i utrzymanie strategicznie ważnych obszarów państwa, przyjęcie na terytorium państwa Sojuszniczych Sił Wzmocnienia i udział w strategicznej sojuszniczej operacji obronnej w celu stworzenia warunków do politycznego rozwiązania konfliktu zgodnie z polską racją stanu.

   W konsekwencji Siły Zbrojne RP, a zatem i Marynarka Wojenna RP (jako ich część) powinny dysponować środkami, które zapewnią aktywny udział w strategicznej sojuszniczej operacji obronnej (czyli również mieć możliwości oddziaływania o charakterze strategicznym?).

Przy decyzji o pozostawieniu okrętów podwodnych w polskiej Marynarce Wojennej, do wypełniania jej zadań operacyjnych wystarczą jednostki pokroju okrętów typu Kobben. fot. Marynarka Wojenna.

   W tym miejscu czas na małą dygresję. Opracowując doktrynę wojenną (ze względów wizerunkowych zwaną zwykle obronną), należy jednoznacznie wskazać kierunki i obszary zagrożeń. To wymóg postawienia zadań elementowi militarnemu państwa i podstawa do wskazania sił i środków niezbędnych do jej realizacji. Dla Polski zagrożenie militarne o charakterze konwencjonalnym generowane jest obecnie z jednego kierunku – wschodniego, z (głównie) Rosji. Potencjały obronne obu państw zawsze będą niezrównoważone, jednak na akwenie Morza Bałtyckiego, nasza marynarka może dysponować równorzędnym potencjałem z Flotą Bałtycką. Sprzyja temu pomocnicze znaczenie Floty Bałtyckiej w rosyjskich siłach zbrojnych (to najmniej istotny związek spośród czterech tego typu w WMF) ale i położenie obu krajów. To Polska ma ułatwione zadanie, z racji położenia, zablokowania szlaków komunikacji morskiej Rosja-Europa Zachodnia-Ocean Atlantycki. Odwrotna sytuacja, blokada komunikacji Polski z globalnymi szlakami morskimi, wymaga pokonania polskiego systemu obrony wybrzeża (lotnictwa, floty, nadbrzeżnego dywizjonu rakietowego) i stałej obecności sił rosyjskich na zachodzie Morza Bałtyckiego.

   Taką obecność, z rosyjskiego punktu widzenia, najefektywniej zapewnić sobie okrętami podwodnymi. Z kolei najbardziej odpowiednim elementem powstrzymania 3 do 6 rosyjskich operacyjnych okrętów podwodnych (maksymalny stan posiadania Floty Bałtyckiej w ciągu następnej dekady) są własne okręty podwodne. To od nich będzie w dużej mierze zależeć skuteczność, wespół z rozpoznawczymi systemami bezzałogowymi, tradycyjnym lotnictwem ZOP, śledzenia położenia rosyjskich jednostek podwodnych. Własne okręty podwodne, to także najmniej przewidywalny na rosyjskich sił zbrojnych element polskiego systemu obrony wybrzeża – przeciwnik, który z racji długości linii brzegowej będzie miał duży obszar dogodny do skrytego manewrowania. Okręt podwodny to także istotny element rozpoznania. O ile rejon Bałtijska łatwo pokryć rozpoznaniem radiolokacyjnym, w tym wypadku okręt podwodny może być tylko elementem wspomagającym rozpoznanie, o tyle znaczenie jednostek podwodnych zdecydowanie wzrośnie gdy pojawi się konieczność wykonania tego typu misji we wschodniej części Bałtyku. Dodajmy do tego jeszcze operacje związane ze skrytym przerzutem lub ewakuacją sił specjalnych oraz stawianie zapór minowych – także w uznanych przez przeciwnika za względnie bezpieczne rejonach portowych. Okręt podwodny może więc skutecznie wypełnić szerokie spektrum zadań: rozpoznanie, dozorowanie, blokada, osłona własnych szlaków morskich przed okrętami tej samej klasy, zwalczanie nawodnych zespołów morskich przeciwnika, stawianie min. W części tych misji nie może jednak działać sam. Należy mu zapewnić dodatkowe źródła pozyskiwania informacji ale i ochrony, do bezpiecznego i skrytego opuszczenia własnych rejonów bazowania i potem do operowania w strefach. Do wypełniania wszystkich wspomnianych powyżej zadań wystarczą mniejsze jednostki, o wyporności 800-1200 ton.

   Większe jednostki mogą mieć możliwości wielokrotnie większe – odstraszania strategicznego, a w przypadku konfliktu, precyzyjnego uderzenia na kluczowe obiekty przeciwnika. Okręt podwodny z pociskami manewrującymi dalekiego zasięgu, może być najważniejszym elementem narodowego „elementu odstraszania”, obok samolotów F-16 i pocisków JASSM, a także w mniejszym stopniu Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego z pociskami NSM (zasięg do 200 km) i dywizjonu Homar z rakietami operacyjnymi (zasięg do 300 km). Potencjalny przeciwnik w Europie, oprócz Kaliningradu, oddzielony jest od teatru działań kilkusetkilometrowym buforem, którego najważniejszym elementem jest Białoruś (tworząca dziś z Rosją wspólny, zintegrowany system obrony powietrznej). Trudno skutecznie zagrozić uderzeniem lotniczym w obiekty krytyczne w Rosji. Taką możliwość może zapewnić okręt podwodny, rozmieszczony we wschodniej części Morza Bałtyckiego, nosiciel kilku pocisków manewrujących o zasięgu około 1000 kilometrów. Jego obecność może spowodować, że zagrożenie atakiem (patrz mapka) objąć może Sankt-Petersburg (pociski o zasięgu około 500 km) czy nawet Moskwę (zasięg około 1000 km). Losów konfliktu, te kilkanaście-kilkadziesiąt będących w dyspozycji narodowego kierownictwa pocisków manewrujących z półtonową głowicą bojową nie zmieni, ale w bilansie agresora wprowadzi kolejny element analizy koszt-efekt pod nazwą: czy warto?

Morski przetarg stulecia

   Zgodnie z zaprezentowaną w marcu 2012 roku koncepcją rozwoju polskiej Marynarki Wojennej do 2030 roku, przewidziano zakup trzech okrętów podwodnych. Ich pozyskanie miało być rozłożone w czasie. Do 2022 roku miano wcielić do służby dwie jednostki, trzecią natomiast dopiero w latach 2026-2030. Plan zakupu dwóch pierwszych okrętów to także, z założenia raczej skazana na niepowodzenie, próba ratowania doświadczenia i umiejętności zespołu ludzkiego posiadanych przez Dywizjon Okrętów Podwodnych. Załogi Kobbenów jakie zeszłyby z jednostek w 2016 roku musiałyby utworzyć drugą, zapasową załogę na ORP Orzeł. Co przy braku lądowych symulatorów mogłoby być nawet groźne dla bezpieczeństwa wykonywania zadań na morzu. Marynarze, na czas służby zmienników traciliby kontakt używanym ze sprzętem.

   Upubliczniony w grudniu 2012 roku Program Modernizacji Technicznej SZ RP na lata 2013-2022 w większości pokrywa się z marcową koncepcją. W przypadku okrętów podwodnych podtrzymuje liczbę oraz terminarz dostaw jednostek tej klasy. Więcej informacji co do wymagań wobec nowych okrętów nie podano, oprócz tego, że okręty mają być z odpowiednim uzbrojeniem oraz pakietem logistycznym. Ponadto założono podpisanie umowy z dostawcą jeszcze w 2013 roku. Realizacja tak skomplikowanego postępowania w kilka miesięcy to będzie duże wyzwanie, ta sytuacja wcale nie napawa optymizmem. Bardzo prawdopodobne jest, że już na początku drogi programu pozyskania spotkamy się z opóźnieniem, co prócz terminarza pozyskania okrętów będzie miało wpływ także na wydatkowane przez MON środki budżetowe. Bezpieczniej jest prowadzić procedurę związaną z przygotowaniem postępowania tak, by jego finalizacja nie następowała z końcem roku. Jeśli Inspektorat Uzbrojenia z różnych powodów nie zdąży z rozstrzygnięciem, to ile resort przy wielomiliardowej inwestycji straci z powodu niewykorzystania środków?

   W ewentualnym przetargu zostanie zaakcentowana silna polonizacja okrętów (bardziej chodzi o terytorialną niż praktyczną lokalizację dostawców systemów). Nie powinniśmy być zaskoczeni, jeżeli pierwszy okręt powstanie w stoczni dostawcy, a kolejne dwa miałyby być montowane już w Polsce. Te dwie (druga i trzecia) jednostki mają powstawać długo, ponieważ prawdopodobnie będą budowane jeden po drugim. Będzie więc praca dla ludzi na dłuższy czas, biorąc pod uwagę, że czas budowy jednej jednostki wraz z testami to okres 5-6 lat. Nie ma w Polsce możliwości by budować dwa okręty podwodne jednocześnie. Grafik stoczniowy będzie wypełniony, wszak ma powstać w zasadzie nowa Marynarka Wojenna (3 korwety, 4 okręty patrolowe, 3 niszczyciele min, jednostki wsparcia i pomocnicze).

   Zwykle biznes jest najlepiej poinformowany, więc skoro do przetargu szykują się niemieckie stocznie HDW z ich typem 214, Francuzi z DCNS i okrętem Scorpene, skoro chęć udziału zgłasza hiszpańska Navantia (z S-80) i szwedzki Kockums (z A26, warto dodać, że szwedzka stocznia zależna jest od niemieckiego HDW) to można już estymować jaki okręt kupimy. Będzie to jednostka średnich rozmiarów (o wyporności nawodnej 1500-2200 ton), z napędem niezależnym od powietrza, z dużą autonomicznością (przedział 50-80 dni), uzbrojona w ciężkie torpedy (DM2A4, Black Shark, F21) i pociski kierowane przeciwokrętowe (tylko część okrętów jest w nie wyposażona), a nawet manewrujące (na razie trwają próby tego systemu uzbrojenia). Czyli okręt przeznaczony raczej do działań subkontynentalnych i na oceaniczny teatr działań.

To nie jest prawdziwy okręt podwodny a symulator. Zakup jednostek to tylko wierzchołek wydatków. Musimy całkowicie przebudować infrastrukturę, zainwestować w szkolenie, pamiętać o codziennych wydatkach. Inwestycja o takiej skali w Marynarce Wojennej winna być przemyślana. Na zdjęciu szkolenie w niemieckim ośrodku Ausbildungszentrum Uboote. fot. AZU.

   Trzy okręty podwodne, podstawowy pakiet uzbrojenia, wsparcie logistyczne, szkoleniowe – to nie będzie skromna inwestycja. Polskie oczekiwania w postaci montażu w naszym kraju, choć korzystne dla niektórych elementów gospodarki, podrożą tylko ten zakup. Samo nabycie trzech okrętów podwodnych, któregoś z wymienionych typów, to 7-8 mld PLN, czyli połowa kosztów przewidzianych do wydania w ramach tzw. tarczy przeciwrakietowej. Biorąc pod uwagę, że koszt zakupu to 30-40% całości kosztów w przewidzianej 30-letniej służbie, inwestycja staje się znaczna, nie tylko dla Marynarki Wojennej, nawet nie tylko dla Ministerstwa Obrony Narodowej. Będzie obciążeniem dla finansów państwa, mówimy bowiem o zobowiązaniach rzędu 22-25 mld PLN. Postawmy drugi raz w tym tekście pytanie, czy warto?

   Jeżeli zakupimy okręty podwodne z pakietem uzbrojenia w postaci pocisków manewrujących i będą one elementem narodowego „elementu odstraszania”, to chyba warto. Tego typu oręż zapewnia częściową kompensację bilansu sił na korzyść Polski i jeżeli daje więcej niż cień szansy, że konflikt nie wybuchnie, to na pewno warto. Natomiast jeśli nowe jednostki mają wykonywać zadania operacyjne i taktyczne, typowe dla obecnie służących okrętów podwodnych, a wymienione powyżej, odpowiedź brzmi: nie warto.

   Ministerstwo obrony, ogłaszające przetarg poprzez Inspektorat Uzbrojenia, już na etapie zakupu okrętów, oprócz logistyki, pakietu szkoleniowego, oczekiwań związanych z rodzimym przemysłem stoczniowym musi zakupić uzbrojenie. Nie chodzi o torpedy, nie mowa nawet o rakietach przeciwokrętowych czy przeciwlotniczych, tutaj piszemy o pociskach manewrujących. W tym wypadku nie powinno być kompromisu, przesunięć w czasie, nowych przetargów.

   Tylko czy oferenci dają nam taki produkt? W tym przypadku lista potencjalnych dostawców staje się już zdecydowanie krótsza.

  Niemiecka Howaldtswerke-Deutsche Werft (HDW) zaproponuje zapewne okręt podwodny typu 214 (eksportowy wariant 212A). Z sukcesem sprzedany kilku marynarkom: greckiej (są problemy, ale raczej natury ekonomicznej), tureckiej, koreańskiej i portugalskiej. Jednostka jest uzbrojona jest w torpedy kalibru 533 mm i w pociski przeciwokrętowe UGM-84 Harpoon. Nie wspomina się o możliwości przenoszenia min morskich (w odróżnieniu od typ 212A), niestety nie wspomina się również o możliwości przenoszenia pocisku manewrującego. Zresztą HDW jest dopiero na początku drogi połączenie okrętu typ 214 z Harpoonem. Inna sytuacja jest ze sprawdzonym okrętem typ 209 z Harpoonami. Można też argumentować za zakupem budowanego dla floty niemieckiej typu 212A, gotowego do przenoszenia min morskich, tylko kto zapłaci w tym wypadku za integrację Harpoonów? Niemcy dla własnej Deutsche Marine takiego uzbrojenia okrętów podwodnych nie przewidzieli, to typowa oferta dla odbiorcy zagranicznego. Poza tym pytanie o sens pocisków przeciwokrętowych na okrętach podwodnych na Bałtyk może być zasadne. Obszar operacyjny jest ograniczony, każde odpalenie rakiety klasy Harpoon może być wykryte przez przeciwnika szybciej niż w przypadku „cichej” torpedy, wystrzeliwanej metoda swim-out. Rakieta przeciwokrętowa odpalona z wyrzutni okrętu podwodnego może również zdradzić pozycję jego samego. Plusem okrętu niemieckiego jest założenie o wdrożeniu rakiety przeciwlotniczej IDAS, jednakz punktu widzenia polskich potrzeb, naszym zdaniem, oferta związana z typem 214, poprzez brak pocisków manewrujących powinna zostać zdyskwalifikowana.

Przed projektem A26 jeszcze daleka droga do zmaterializowania się. Choć nowoczesny, to jednak wpisuje się w szwedzką typowo obronną doktrynę użycia okrętów podwodnych i potrzebę wspierania własnej zbrojeniówki. Jednostka nie będzie posiadać uzbrojenia rakietowego, chociaż pojawiły się głosy, że może otrzymać podwodną wersję norweskiego pocisku NSM. fot. Kockums.

   Teraz francuska DCNS oraz okręt podwodny typu Scorpène. Jest to jednostka o nieco większej wyporności i kilka metrów dłuższa (wariant z sekcją napędu MESMA klasy AIP). Budowana tylko na eksport dla takich marynarek jak Chile, Malezja, Indie czy Brazylia. Scorpène uzbrojony jest w torpedy, może przenosić pociski przeciwokrętowe SM.39 Exocet, 30 min morskich transportowanych zamiast torped i pociski manewrujące. Francuzi w ramach programu uzbrajania własnych, atomowych okrętów podwodnych typu Barracuda, przewidują wdrożenie do służby od 2017 roku morskiej wersji pocisku manewrującego MdCN (Missile de Croisière Naval), czyli odpowiednika lotniczego SCALP/Storm Shadow. MdCN ma być odpalany z wyrzutni torpedowych 533 mm i dysponować zasięgiem do 1000 kilometrów. Pocisk dla okrętu podwodnego jest już po pierwszych próbach ogniowych. Barracuda oraz mniejszy Scorpène to dwa projekty, ale zawierające wspólne elementy. To ułatwia prace integracyjne, MdCN może się znaleźć także w arsenale mniejszego okrętu konwencjonalnego. MdCN często pojawia się w informacjach reklamowych jako uzbrojenie Scorpène więc jest szansa zintegrowania pocisku z okrętem już przez oferenta. Minusem wyboru Francuzów jest SM.39 Exocet, kolejny, po Harpoonach, NSM, RBS-15Mk3 i wycofywanych P-21/P-22 pocisk przeciwokrętowy w arsenale polskiej Marynarki Wojennej – chociaż nikt nie zmusza nas do jego zakupu.

   Następna jest Hiszpańska Navantia i jej S-80. Początkowo Hiszpanie i Francuzi wspólnie opracowywali okręt podwodny (Scorpène), próbując zgarnąć jak największy udział w rynku tej klasy jednostek konwencjonalnych. Także przyszły nowy okręt podwodny dla Armada Espanola miał powstać w kooperacji Navantii oraz DCNS, miał nim być Scorpène. Jednostka zgodna z wymaganiami Madrytu otrzymała nazwę S-80 Scorpène. Ostatecznie jednak hiszpańska marynarka uznała, że potrzebuje jednostki większej i o większych możliwościach ofensywnych i rozpoczęła współpracę z Amerykanami z Lockheed Martin. Pojawił się konflikt z francuskim koncernem stoczniowym i roszczenia skierowane do sądu arbitrażowego. Ostatecznie powstał iberyjski wariant o nazwie S-80 a konsekwencją było zerwanie współpracy handlowej z DCNS. Cztery okręty typu S-80A hiszpańska marynarka wojenna zamówiła w 2004 roku. Współpraca z Amerykanami obejmowała prace z zakresu systemu dowodzenia, sonarów, elektrooptyki. Większa ofensywność ma polegać na uzbrojeniu okrętów w pociski manewrujące UGM-109 Tomahawk wystrzeliwane z wyrzutni torpedowych brytyjskiej firmy Babock International Group. Prócz torped DM2A4, jednostkę ognia S-80 wypełniać miałyby pociski przeciwokrętowe Harpoon. Jako opcję wymienia się także pociski SCALP Naval, czyli wspominany powyżej francuski MdCN opracowywany przez koncern MBDA. Pierwszy hiszpański S-80 o nazwie własnej Isaac Peral ma być przyjęty do służby w roku 2015. Najpewniej jednak nie będzie uzbrojony w pociski Tomahawk. Z powodu głębokiego kryzysu ekonomicznego Hiszpania osłabiła presję na doprowadzenie integracji do finału.

Hiszpański S-80 miał otrzymać pociski manewrujące Tomahawk - nie otrzyma, Madryt zrezygnował z zakupu. Tym samym oddala się wizja przenoszenia przez te jednostki strategicznego uzbrojenia odstraszającego - przynajmniej na jakiś czas. fot. Navantia.

   Pocisk Tomahawk, o zasięgu do 1600 kilometrów, zdecydowanie powiększyłby w przypadku Polski możliwości rażenia celów strategicznych w głębi terytorium przeciwnika. Tomahawk to jednak Amerykanie, to oni rozdają w tym wypadku karty, komu broń zostanie sprzedana. Dość powiedzieć, że prócz nich samych pociski tego typu używają od 1998 roku jedynie Brytyjczycy. W przypadku Hiszpanów sygnalizowano tylko zakup 25 Tomahawków. W 2009 roku ówczesna minister obrony Hiszpanii Carme Chacón poinformowała, że jej kraj rezygnuje z Tomahawków. Przy okazji transakcji dla Hiszpanii pojawiła się ciekawa informacja, że Amerykanie mieliby wpływ na każde odpalenie bojowe pocisku przez iberyjskiego użytkownika. Tandem S-80 oraz Tomahawk brzmi kusząco, jednak dość nierealnie. Pewne szanse dawałby tylko jednoczesny kontrakt na zakup obu systemów, tym samym w presji na Stany Zjednoczone prócz naszego rządu uczestniczyłby także Madryt – w tej sytuacji w jakiej dziś jest Navantia i gospodarka tego kraju, kolejne miliardy euro to poważne wsparcie dla gospodarki (nawet „wizerunkowa” polonizacja nie zmieni tego faktu). W przypadku zakupu S-80 i potem samodzielnych rozmów z Amerykanami w sprawie Tomahawków nie będzie presji – na pewno nie na Stany Zjednoczone.

   O szwedzkim projekcie okrętu podwodnego nowej generacji można napisać najmniej. Z dużego, skandynawskiego programu Viking (Szwecja-Norwegia-Dania), rozpoczętego w połowie lat 90-tych, po kilku latach pozostało niewiele, głównie za sprawą braku zainteresowania ze strony Norwegów i Duńczyków. Szwedzi, dysponując czterema w miarę nowoczesnymi jednostkami powoli rozwijają program narodowy. Większego rozpędu nabrał on dopiero w 2010 roku, gdy Kockums podpisał z ministerstwem obrony Szwecji umowę na opracowanie okrętu podwodnego oznaczonego jako A26 i potem budowę seryjnych jednostek (planowane jest pięć okrętów). Pod względem rozmiarów A26 to typowy przedstawiciel swojej klasy (1900 ton). Duży nacisk ma być położony na skryte działanie, pasywne maskowanie, zdolność do współpracę z siłami specjalnymi. Uzbrojenie ofensywne ogranicza się jednak tylko do torped. Zatem do realizacji – z punktu widzenia sił morskich – zadań taktycznych. W ostatnim czasie pojawiły się informacje o planach wyposażenia „Szweda” w norweskie rakiety przeciwokrętowe NSM. To ukłon w stronę Oslo i próba pozyskania pierwszego odbiorcy zagranicznego. Norweskie okręty podwodne typu Ula będą wymagały następców po 2020 roku, choć rozważa się także ich modernizację. NSM byłby propozycją motywującą Norwegię do rozważenia zakupu nowych jednostek. Podobnie zresztą postąpili Amerykanie, w zamian za integrację NSM z samolotem F-35 Lightning Norwegia nie podważa już sensu zakupu tej maszyny. Z polskiego punktu widzenia A26 nawet i z NSM opracowanym do odpalania spod wody nie jest argumentem za odpowiedzią: warto. Chociaż rakieta znajduje się na uzbrojeniu polskiego Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego, to przy zasięgu około 200-250 kilometrów nie zapewni możliwości oddziaływania strategicznego. Poza tym przed projektem daleka droga do finalizacji, pierwsza jednostka pod szwedzką banderą powinna pojawić się na Bałtyku około 2020 roku – tak jak jej pierwszy polski odpowiednik.

Podsumowanie

   Biorąc pod uwagę chęć pozyskania optymalnego systemu (okręt plus pocisk manewrujący) oraz powyższe zestawienie oferentów najbliżej, według nas, do sprostania temu wymogowi mają Francuzi. Są najbliżej wprowadzenia operacyjnego pocisku manewrującego na pokład okrętu podwodnego interesującej nas klasy, na dodatek decyzja jest w gremium jednego ośrodka politycznego (nosiciel jak i uzbrojenie pochodzi z Francji). Sprzedaż pocisków manewrujących to transakcja polityczna, przychód przemysłu zbrojeniowego za sprzedaż kilkudziesięciu rakiet o łącznej szacowanej wartości 150-200 mln euro to sprawa drugoplanowa.

   Druga możliwa oferta – S-80 i Tomahawki to sprawa mglista. Mało prawdopodobne, że oprócz Amerykanów i Brytyjczyków Polacy staliby się użytkownikami tego typu pocisków, dodatkowo integracja musiałaby się odbyć kosztem polskiego podatnika. Hiszpania, przy dzisiejszej sytuacji finansowej, mniejszej presji na zwiększanie potencjału militarnego, na długie lata zapomniała o pociskach manewrujących Tomahawk.

   Szwedzi, nawet przy doprowadzeniu do szczęśliwego końca dziś tylko sygnalizowanej integracji A26 z NSM nie dadzą naszym siłom militarnym tego co najważniejsze w analizowanym systemie – narzędzia odstraszania strategicznego. Podobnie jak niemieckie U214, szwedzki okręt to nosiciel pocisku przeciwokrętowego o zasięgu 200 km z możliwościami rażenia celów lądowych.

   Zakup nowych okrętów wynika z bieżącej sytuacji sprzętowej Dywizjonu Okrętów Podwodnych i w tym zakresie jest spóźniony – Kobbeny powinniśmy wycofać nim wdrożymy następców. Jednak z punktu widzenia potrzeb Marynarki Wojennej, jako rodzaju Sił Zbrojnych na zakup okrętów podwodnych jest za wcześnie. Przemysł zbrojeniowy Europy nie jest w stanie spełnić potrzeb floty, przyszłego dysponenta narzędzia oddziaływania strategicznego. Za kilka lat sytuacja na rynku może być inna, uzbrojenie dalekiego zasięgu dla klasycznych okrętów podwodnych zyska jeszcze bardziej na popularności (vide projekt indyjsko-rosyjski).

Czy najwłaściwszy byłby ten tandem: francuski okręt podwodny Scorpene oraz pocisk MdCN? fot. MBDA oraz DCNS.

   Dziś na czekanie nie mamy już czasu, jednak w swoim czasie mógł być jednak wdrożony pewien pomysł. Niemcy wycofali w 2010 roku ze służby liniowej 6 okrętów podwodnych typu 206A. Jednostek nowszych od naszych Kobbenów o około 10 lat, opartych na zbliżonej konstrukcji (typ 205), ale po modernizacji w latach 90-tych. Zakup 3-4 okrętów tego typu plus 1-2 na części, w połączeniu z modernizacją i remontem dałby możliwość zyskania na czasie. Było to możliwe, dwa okręty projektu 206A po remoncie i zmodernizowaniu wraz z dwoma jednostkami na części zakupiła ostatecznie za 100 mln euro Kolumbia. Polscy marynarze otrzymaliby okręty mniej wysłużone, nowsze technicznie i w dużej mierze znane. Zyskany czas pozwoliłby dojrzeć produktom potencjalnych oferentów, znane byłyby plany rosyjskie wobec sił podwodnych Floty Bałtyckiej, możliwości morskich bezzałogowców, a dałby odpowiedź na pytanie czy dalej utrzymywać okręty podwodne w polskim arsenale. Dałby także oddech budżetowi ministerstwa obrony. Środki w dyspozycji MON w ciągu 10-15 lat wcale nie są takie wielkie. Mnogość sygnalizowanych do wdrożenia kosztownych projektów w wojsku, nawet u niepoprawnych optymistów, powinna budzić wątpliwości.

   Niemcom zostały dwa okręty typ 206A. Ich pozyskanie można rozpatrywać również w przypadku realizacji aktualnego planu modernizacyjnego, pod kątem zadbania o zachowanie spoistości załóg z wycofanych Kobbenów a wdrożeniem dwóch pierwszych nowych okrętów podwodnych w latach 2019-2022.

   Zatem, jeżeli resort obrony chce pozyskać okręty podwodne wraz z zaawansowanym uzbrojeniem, tłumaczenia o zakupie pocisków manewrujących w przyszłości osłabią tylko znaczenie zakupu. Przeciwnicy transakcji łatwo zdyskontują znaczenie nowych okrętów podwodnych o możliwościach najwyżej operacyjnych. Jeżeli w ogóle nie rozpatrujemy wyposażenia okrętów podwodnych w pociski manewrujące, to szkoda środków państwowych na ten cel. Polscy marynarze otrzymają bardzo nowoczesne okręty, ale już na początku pozbawimy się, z własnej woli, możliwości jakie mogłyby dać polskiemu systemowi obronnemu. W takim wypadku, wypełnianie wszystkich pozostałych zadań przewidzianych dla okrętów podwodnych w polskiej Marynarce Wojennej – osłona szlaków komunikacyjnych, zwalczanie jednostek handlowych i wojennych przeciwnika, rozpoznanie, minowanie, współpraca z wojskami specjalnymi – mogą wykonywać z powodzeniem mniejsze i tańsze jednostki, a propozycji takich okrętów na rynku także jest kilka.

Tekst: Mariusz Cielma, współpraca: Tomasz Kwasek.




Rejestracja

Funkcja chwilowo niedostępna

×

Logowanie

×

Kontakt

×
Ogniem na wprost! Haubice 155 mm w bezpośredniej walce

Ogniem na wprost! Haubice 155 mm w bezpośredniej walce

W artykułach przedstawiających możliwości i kierunki rozwoju samobieżnej artylerii lufowej, przede wszystkim kalibru 155 mm, zwraca się szczególną ...

więcej polecanych artykułów