2013-10-04 15:58:04
Nowy Front Wschodni
W auli Akademii Obrony Narodowej premier Donald Tusk w dniu 1 października br. przedstawił najważniejsze filary polskiego systemu obronnego. Na pierwszym miejscu wymienił międzynarodowe alianse, w tym tworzenie grup regionalnych w oparciu o wspólny interes. Taki regionalny format składać się miałby z połączenia wysiłków polityczno-militarnych Grupy Weimarskiej, Wyszehradzkiej (Francja, Niemcy, Polska, Czechy, Słowacja i Węgry) oraz krajów bałtyckich (premier ich nie wymienił, ale z całą pewnością możemy do tej listy dodać Litwę, Łotwę, Estonię, Szwecję, Danię i być może Finlandię) i Rumunię, Bułgarię oraz co bardzo ciekawe – Turcję. Powstałby południkowy subsojusz z mocarnymi (jak na dzisiejszą skalę porównawczą) państwami w centrum – przede wszystkim Niemcami i Francją.
Byłby to Nowy Front Wschodni, znany już z historii międzynarodowy sojusz, skierowany przeciwko potencjalnym zagrożeniom ze wschodu. W tym tekście nie przywołuję analogii politycznych do 1941 roku, nie chodzi nawet o niemiecki w nim udział. To tylko wskazanie geograficznego podobieństwa do ówczesnego sojuszu północ-południe (krajów od Finlandii po Bułgarię).
Jak przyznał premier Tusk, próba budowy tworu to Polska inicjatywa: „już wtedy [szczyt w Warszawie] z polskiej inicjatywy sugerowaliśmy potrzebę budowy takiego politycznego systemu zwiększającego możliwości obronne Paktu Północnoatlantyckiego i większego bezpieczeństwa dla Unii Europejskiej. Otwartego na inne kraje, a więc nie tylko na Niemcy, Francję i Grupę Wyszehradzką, ale także państwa bałtyckie – Rumunię, Bułgarię i Turcję.”
Na mapie wygląda to wspaniale. Polityczno-wojskowy blok od Arktyki po Kaukaz. Wskazując sojuszników prawdopodobnie koncepcja Tuska opiera się o wymóg przynależności państw do Paktu Północnoatlantyckiego, ewentualnie Unii Europejskiej (Szwecja i Finlandia nie są członkami NATO). W innym wypadku dziwne ale i zrozumiałe, że nie wymieniono przykładowo Gruzji. Z jednej strony dziwne, bo to prozachodni kraj szukający „takich ofert”, z drugiej zrozumiałe – Gruzja to potencjalne terytorium na którym najszybciej sprawdziłyby się deklaracje o sojuszu i wsparciu. A po co komu takie kłopoty.




Jest w naszej części kontynentu grupa państw, które mogłyby wyodrębnić wspólny interes w sferze obronności. Premier Tusk z owym formatem organizacji sięga bardzo daleko (np. Turcja), nam wydaje się, że można by taki obszar mający wspólne podłoże polityczno-wojskowe zawęzić do czterech państw. Zdjęcia: chor. Rafał Mniedło (11. LDKPanc), Siły Zbrojne Danii, Siły Zbrojne Szwecji, Krauss Maffei Wegmann.
Jest zaskakujące, że w tym wskazaniu potencjalnych partnerów, głównie z Europy Środkowej i Północnej, pojawia się Turcja. To prawdopodobnie wynik szacunku dla skoku politycznego (i gospodarczego) jaki jest udziałem Ankary. Turcja to dziś regionalne mocarstwo, istotny czynnik kreowania sytuacji w rejonie Morza Śródziemnego, Kaukazu oraz Bliskiego Wschodu. Turcja to, licząc „szable” i głosy dyplomatyczne, bardzo poważne wzmocnienie „Nowego Frontu Wschodniego”, jednak niewiele mniej kłopotliwe od Gruzji. Uwarunkowana sojuszami z Azerbejdżanem, zawistnym wrogiem promoskiewskiej Armenii (wojna o Górny Karabach i kwestie ludobójstwa tureckiego na Ormianach sprzed blisko 100 lat), otoczona jest niestabilnymi regionami (od Iraku, po Syrię i skończywszy na Kaukazie), ma zatargi z Grecją – choć oba kraje są w NATO. W tym wypadku potencjalne problemy przesłoniłyby korzyści, jakie mogłyby wyniknąć z bliższych kooperacji, przede wszystkim z umów polityczno-obronnych.
Na szczęście dla koncepcji premiera, Turcję od Europy Centralnej oddziela mentalnościowy „koń trojański” Rosjan w NATO, czyli Bułgaria. Zakładanie, że kraj ten aktywnie włączy się w działania odstraszające skierowane w kierunku Rosji (bo po co komu sojusz od Arktyki po Kaukaz?) to duży optymizm. Zresztą, patrząc od południa, aż do Polski wszystkie te kraje: Rumunia, Słowacja i Czechy, może jeszcze prócz skonfrontowanych z nimi (ale czy zgodnie z naszymi interesami?) Węgier, w zasadzie nie prowadzą aktywnej (czytaj: agresywnej) polityki zagranicznej. Są w Unii Europejskiej oraz w NATO i uznają, że to wystarczy.
Premier zwrócił również uwagę na prozachodnie aspiracje ukraińskich elit i sporej grupy społeczeństwa, po części wynikające jednak z obaw lokalnych oligarchów o wchłonięcie ich interesów przez rosyjskiego niedźwiedzia oraz na polski udział w rozwijaniu wojskowych kontaktów z tym krajem. Ukraina armię ma relatywnie słabą, ale obecnie jest to kwestia drugorzędna. Wojsko, przy rozwijającym się kraju w ciągu dekady, czy dwóch, całkowicie może zmienić swoje oblicze i możliwości. Ukraińcy robią krok ku takiej przemianie, tworzą zawodowe siły zbrojne, które oczywiście same w sobie wysoką jakością nie są, ale początkiem być mogą. To truizm, ale wart przypomnienia – o Ukrainę w miarę możliwości dbać trzeba.
Kierunek - na Północ
W komentarzu nie może być tylko negacja, powinno być także wskazanie innego punktu widzenia. Moim zdaniem pora przenieść priorytety dyplomatyczne i wojskowe na północ, a coraz mniej liczyć na zaangażowanie się południa (Słowacja, Czechy, Węgry).
Dziś Polskę i kraje na południe od niej szczególnie motywuje do działania wspólna historia. Niezbyt chlubna w ostatnich 70 latach, ale wspólna. Do tego można dodać jeszcze nasze „ciągoty” do przewodzenia małym narodom, które raczej przewodzone być nie chcą. Oczekiwania, aby wraz z Czechami, Słowakami, czy Węgrami wspólnie tworzyć obronny wymiar Grupy Wyszegradzkiej, są postawione na fundamentach z piasku. Wkrótce przestanie nas łączyć także współpraca związana z użytkowaniem podobnego sprzętu wojskowego. Armia polska pozbawia się z każdym rokiem zapasów z czasów Układu Warszawskiego a nowe zakupy zmieniają źródła pozyskiwania uzbrojenia. Nie zmodernizujemy razem z Grupą Wyszehradzką ani śmigłowców, ani czołgów ani bojowych wozów piechoty. Nie zmodernizujemy także z nimi floty, bo kraje te nie mają marynarek wojennych, nie odbudujemy razem obrony powietrznej. Południe w odróżnieniu od nas, w kwestiach militarnych nastawia się na minimalizm. To również nie z Południem budowaliśmy politykę UE wobec wschodnich sąsiadów.


Koncepcja regionalnego sojuszu polityczno-wojskowego wskazywana przez premiera Donalda Tuska próbuje pogodzić wiele przeciwności i jest za skomplikowana. Wydaje się, że taki regionalizm w sferze bezpieczeństwa (podsystem dla NATO i UE) powinien posiadać rdzeń oparty o faktyczną wspólnotę interesów, poszerzający swoje kompetencje w zależności od sytuacji na Ukrainie. Kolor czerwony - członkowie sojuszu, pomarańczowy - wojskowi sojusznicy grupy regionalnej. Grafiki: Mariusz Cielma.
Co innego Północ. Złożona głównie ze Szwecji i Danii to jednak trochę za mało, dlatego bardzo dobrze, że nasz kraj ma takie a nie inne stosunki z Niemcami. To właśnie opierając się na Szwecji, Danii i Niemcach powstać miałby zasadniczy element regionalnego systemu bezpieczeństwa, skupionego początkowo na strefie Bałtyku. Systemu współpracującego dzięki Berlinowi z Francuzami, a dzięki Skandynawom z Finlandią, krajami nadbałtyckimi (Litwa, Łotwa i Estonia). Naszym z kolei zadaniem byłaby kooperacja z Ukrainą. Ów wskazany rdzeń, to także najdalej idące zobowiązania do wzajemnego wsparcia.
Niestety, dopóty nie wyjaśni się sytuacja z Ukrainą, trudno wyznaczać „czerwone linie” w stosunku do trzech republik nadbałtyckich. Pojawienie się Ukrainy w regionalnym sojuszu skutkować jednak mogłoby automatycznymi i istotnymi deklaracjami wobec Litwy, Łotwy i Estonii. Ostateczną osią regionalnego aliansu obronnego powinna być więc strefa Bałtyk - Morze Czarne. Jakże ciekawa sytuacja powstałaby wówczas na wschodniej części mapy Europy. To nie kraje nadbałtyckie byłyby „wysuniętymi cyplami” zachodnich struktur mocowanych na wschód, a taka sytuacja stałaby się zastaną dla promoskiewskiej Białorusi i obwodu królewieckiego.
Nie mówimy o podbojach ani dominacjach. Mówimy tylko o psychologicznym odczuciu słabszej pozycji wyjściowej dla potencjalnego agresora. Najlepszym działaniem odstraszającym, jeszcze przed eskalacją, jest zmuszenie agresora do działania w jak najbardziej niekorzystnym położeniu, co mogłoby się na długie lata przełożyć w „szorstką” wschodnio-zachodnią przyjaźń.
Konkludując - budujmy sojusz obronny, poczynając od Niemiec i Szwecji, próbując dołączyć do niego Danię, a dopiero potem modyfikujmy własne „czerwone i nieprzekraczalne linie” w zależności od sytuacji z Ukrainą. Oby korzystnej dla nas.
Krzysztof Kozłowski