2013-12-02 21:15:51
Narodowe Siły Rezerwowe – o jeden most za daleko
Zespół kierowany przez rektora Akademii Obrony Narodowej, generała dywizji Bogusława Packa, zajmuje się koncepcją reformowania Narodowych Sił Rezerwowych. Etatowo, 20-tysięcznej formacji, utworzonej wraz z profesjonalizacją sił zbrojnych jako uzupełnienie dla armii czynnej. W praktyce zmiany nie mogą być rewolucyjne, źródło problemu tkwi w 2009 roku, wówczas zawieszono w praktyce pobór (prawnie od 1 stycznia 2010). To trudny problem dla priorytetu, jakim jest obrona terytorium Polski, tzw. doktryna Komorowskiego, bez udziału szerszego kręgu obywateli pozostaje w dużej mierze niezrealizowana, a oparta tylko o szkieletowe wojska operacyjne nie ma szans na efektywne wdrożenie.
Największym problemem Narodowych Sił Rezerwowych nie jest sama koncepcja ich funkcjonowania w ramach Sił Zbrojnych. Jest nawet słuszna z punktu widzenia rozwijania ich potencjału na czas W (Wojna). W czasie pokoju funkcjonuje armia czynna (100 tysięcy żołnierzy), w przypadku kryzysu etaty pododdziałów wypełnia 20 tysięcy żołnierzy kontraktowych NSR. Rezerwiści zawodowi mają zapewnić wojskom czynnym większe możliwości operacyjne w czasie kryzysu (wyższe ukompletowanie osobowe), przede wszystki ułatwić wchłonięcie dziesiątek, jeżeli nie setek tysięcy rezerwistów w przypadku mobilizacji powszechnej. Dopiero wówczas, po kilku miesiącach zgrania i szkolenia, polski system militarny będzie przygotowany do działania w razie konfliktu. Dziś, nie ma jednak docelowego liczebnie NSR-u, nie ma przede wszystkim wartościowych rezerw, więc można sobie odpowiedzieć jaką wartość ma system jako całość.
Owym problemem dla NSR jest to, że żołnierze traktują tę formację i podpisywane z konkretnymi jednostkami wojskowymi kontrakty, jako etap w drodze do zawodowej służby wojskowej. Najpierw w korpusie szeregowych zawodowych, potem podoficerskim. Dla wielu młodych ludzi, NSR to szansa na związanie się z armią na stałe, a nie tylko na okresowe ćwiczenia doszkalające w ramach jednostek wojskowych. Dla tych, co nie mają za sobą zasadniczej służby wojskowej, a ta grupa powiększa się z roku na rok po zawieszeniu poboru, to jedyna szansa by zyskać przeszkolenie wojskowe i stać się żołnierzem zawodowym. To także coraz istotniejsza droga do zyskiwania szeregowych w korpusie żołnierzy zawodowych, wkrótce będzie jedyna. Zatem resort obrony nie może narzekać, że tak wielu żołnierzy NSR chce na etaty zawodowe, bez nich nie miałby skąd brać kandydatów.
Planowane stworzenie z NSR zwartych pododdziałów, a nie uzupełnianie jednostek wojskowych, uwypukli problem dla tych drugich, w wypełnianiu zadań już w czasie kryzysu (niższe ukompletowanie) oraz przy wchłanianiu rezerw mobilizacyjnych (mniej liczny personel przygotowany i przeznaczony do tego zadania).

Grafika czytelnie pokazuje polski system militarny i zadania w nim NSR w jego dzisiejszej postaci. Pokazuje, że dziś mamy skadrowane jednostki w wojskach czynnych czekające na wzmocnienie w postaci żołnierzy NSR i dzięki nim wchłaniające rezerwy z mobilizacji. NSR to circa 50% zakładanych stanów, a rezerwy mobilizacyjne to pod względem jakościowym fikcja, a ilościowym - z roku na rok - także fikcja. Cały nasz system militarny jest niewydolny. Zmiany w NSR, tworzenie zwartych pododdziałów niewiele zmieni, 20 tysięcy w państwie brzegowym to żadna obrona terytorialna, ale ta zmiana wymusi redukcje w związkach wojsk zawodowych, bo jeżeli tego nie zrobimy ich potencjał jako całości będzie nikły. Oczywiście dalej będziemy mogli wysyłać nawet wojska w sile brygady na misje zagraniczne, nie zrealizujemy jednak najważniejszego zadania jakim jest obrona terytorium Polski. Duży cios spowodowało zawieszenie poboru z dniem 1 stycznia 2010 roku.
Co zyskujemy przy NSR w postaci zwartych kompanii i batalionów? W sumie niewiele. Błędne są porównania takiego rozwiązania do amerykańskiej Gwardii Narodowej. Za oceanem to jest element wzmocnienia autonomicznego charakteru struktur stanowych, Stany Zjednoczone to przecież federacja. Często przytacza się powód do takiej ewolucji NSR, jako odpowiedzi na zagrożenia naturalne czy techniczne (powodzie, pożary, skażenia terenu). Tylko po co w wojskach operacyjnych utrzymujemy trzy pułki saperów, w kilku brygadach posiadamy bataliony saperów, w brygadach kompanie itd. o każdej wojskowej specjalizacji (np. chemicy), by wojska operacyjne miały być wyręczane przez „pół amatorów” z NSR? Zgrupowania szykowane na zdarzenia nadzwyczajne na terenie całego kraju to w skali Wojska Polskiego maksymalnie kilka tysięcy żołnierzy. Czy to ponad siły dla 100-tysięcznej armii czynnej? Chyba nie, to problem w samej efektywności wojsk czynnych i głównie medialny sposób na poprawę wizerunku służby NSR. Kompanie NSR będą w społeczeństwie widoczne, poszczególni "NSR-owcy" w pododdziałach i sztabach jednostek już nie są. 20 tysięcy żołnierzy NSR rozrzuconych po całym kraju to również żadna armia terytorialna, a nawet nie jej namiastka. Z każdym rokiem, tak jak i zasadnicza część wojska, coraz bardziej wyobcowana. Zmniejsza się liczba obywateli naszego kraju, która ma coś wspólnego z siłami zbrojnymi. Dziś wojsko musi prowadzić akcje reklamowe w stylu "Jesteśmy! Nie widzicie nas, ale jesteśmy potrzebni".
Błąd popełniono w 2009 roku, gdy tak swobodnie zawieszono pobór na rzecz profesjonalizacji Sił Zbrojnych. Zrezygnowano z 9-miesięcznej zasadniczej służby wojskowej na rzecz armii czynnej i NSR. Odegrał w tym rolę czynnik polityczny (co by nie mówić, przeciętny obywatel w ręku z biletem do wojska szczęśliwy nie jest), budowy sympatii elektoratu oraz strategiczny – założono, że przede wszystkim potrzebujemy armii ekspedycyjnej (profesjonalnej, nauka z Iraku), uzupełnianej na czas kryzysu NSR-em. W przypadku większych konfliktów, mieliśmy jeszcze do dyspozycji rezerwy osobowe (armia czynna jako wojsko kadrowe) z czasów służby zasadniczej i przede wszystkim gwarancje sojuszników.
Dziś te rezerwy stopniały, nawet są iluzoryczne (wiedza przeciętnego rezerwisty na poziomie "muszka-szczerbinka, budowa kbk AK i marsz rozpoczynany prawą nogą") i zmieniły się nasze poglądy na priorytety obronności. Teraz, nawet zgodnie z lansowaną doktryną Komorowskiego, musimy stawiać na własne zdolności do obrony terytorium. Nie liczyć zasadniczo na pomoc sojuszniczą, ale na siebie. 100-tysięczna armia zawodowa i 20 tysięcy żołnierzy NSR, bez rezerw, nie jest żadnym potencjałem dla brzegowego państwa NATO szukającego dużej autonomiczności w ramach narodowych zdolności obronnych. Postawię tezę, że to co zrobiono po 2009 roku, niweczy w dużej mierze założenia doktryny Komorowskiego. Bez udziału obywateli nie da się zbudować efektywnego systemu zgodnego z duchem tej koncepcji. Co gorsze, nie ma już powrotu do stanu sprzed 2009 roku, czyli do służby zasadniczej. Służby zasadniczej, jako jednego z filarów do budowy systemu obronnego Polski. Na przykład 2-3 miesięcznego przeszkolenia, otwierającego drogę do pracy w armii zawodowej i przede wszystkim możliwości tworzenia rezerw osobowych dla wojsk operacyjnych i obrony terytorialnej.

Tworzenie zwartych jednostek NSR wymusi zmiany organizacyjne w strukturze całych Sił Zbrojnych i poprawi co najwyżej wizerunek medialny rezerwy jako formacji. Żołnierze NSR znikną w czynnych jednostkach, ale będą widoczni w ramach swoich kompanii i batalionów. Namiastka skromnej obrony terytorialnej w czasie "P" i zbędne wsparcie na czas kryzysu - od pomocy przy klęskach i katastrofach mamy i opłacamy 100 tysięcy mężczyzn i kobiet chodzących w mundurach na co dzień. Czego nie zrobimy, nad wszystkim będzie unosił się duch z 2009 roku i decyzja o odejściu od poboru.
Nikt przy zdrowych zmysłach politycznych, nie powróci dziś do koncepcji służby zasadniczej, nawet w symbolicznym wymiarze czasowym. Tylko plotki o przydatności takiego rozwiązania, jakie pojawiły się kilka miesięcy temu, spowodowały czerwone nagłówki w mediach i szybkie oświadczenie ze strony MON o braku takich planów.
Planowane wzmocnienie bodźców wobec żołnierzy NSR oraz ich pracodawców (finansowe, prawne) nie zmieni możliwości systemu militarnego w Polsce, co najwyżej wypełni etaty do niedoścignionych dziś 20 tysięcy ludzi w tej formacji. Oni i tak będą myśleli o jednym – skoku do zawodowstwa. I może taki jest cel planowany obecnie do osiągnięcia – stan 20 tysięcy żołnierzy NSR, w samodzielnych pododdziałach, z rotacją na poziomie kilku tysięcy osób rocznie. Efekt to niewiele wydajniejszy system niż dziś, jednak lepiej odbierany wizerunkowo ("NSR wiezie wodę, NSR zbiera szlam, NSR przeprowadzi staruszków przez ulicę"). Samodzielność organizacyjna NSR wiązać się będzie z koniecznością wzmocnienia składem osobowym wojsk operacyjnych (samodzielne zdolności do ograniczonych działań taktycznych), co wiąże się z redukcją brygad i - w ramach NSR - szansą na stworzenie płatnej obrony terytorialnej, jako rdzenia szkoleniowo-organizacyjnego dla dobrowolnych ochotników. Rozwiązanie nie może być już dobre, co najwyżej satysfakcjonujące – zapewni dodatkowych kilka do kilkunastu tysięcy pasjonatów, działających z wyboru w ramach systemu bezpieczeństwa państwa.
Kilka lat temu postawiono na radykalne rozwiązania w systemie Sił Zbrojnych. Aktualnie nie ma możliwości ich istotnej modyfikacji. Tych, którym wydaje się, że podejmują decyzje kierując się potrzebami obronnymi naszego kraju, odsyłam do słupków sondażowych partii politycznych. Determinanty zachowań, także w sprawach związanych z obronnością. Pozostało nam głoszenie rewolucji w sprawie wyposażenia sprzętowego, to wyborców nie dotyka, a wręcz fascynuje. Zespół generał Packa nie zmieni zasadniczo tego co otrzymamy z NSR, ludzie nie pozwolą wydrzeć sobie tego co otrzymali – świętego spokoju od armii.
Mariusz Cielma