Serwis używa cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.
zamknij   

szukaj

2014-01-25 08:18:25

Polskie Kły bez siekacza – czyli okręt podwodny dla Sił Zbrojnych

     Na początku grudnia ubiegłego roku w Sejmie zawiązał się Parlamentarny Zespół do spraw Wojska Polskiego. Jego członkowie to w zdecydowanej większości przedstawiciele opozycji, najczęściej posłowie Prawa i Sprawiedliwość. Za nimi oraz kolegami z zespołu ds. przemysłu obronnego pierwsze merytoryczne spotkanie. Jego temat związany był z uzbrojeniem okrętu podwodnego nowego typu kryptonim Orka - informacje jakie padły padły z ust przedstawiciela Inspektoratu Uzbrojenia pokazują dokąd doprowadziła nas „poprawa konkurencyjności”. Do projektu, który utracił racjonalność.

   W spotkaniu z posłami oraz zaproszonymi ekspertami uczestniczył szef Szefostwa Techniki Morskiej IU komandor Dariusz Olejnik. Zwięźle przedstawił stan obecny projektu Orka z uwzględnieniem systemu uzbrojenia.

   Inspektorat Uzbrojenia zakończył zbieranie wniosków dotyczących uczestnictwa w dialogu technicznym na okręt podwodny nowego typu. Do rozmów akces zgłosiło 8 podmiotów. IU zakłada zakończenie dialogu do 30 marca br., ale termin ten może ulec wydłużeniu, także na wniosek samych firm. Na tym etapie strona polska opracowała Studium Wykonalności oraz Wstępne Założenia Taktyczno-Techniczne. Dialog powinien dać odpowiedź w jakim stopniu możliwa jest budowa jednostek w polskich stoczniach i przemyśle zbrojeniowym i czy będzie to produkcja tylko pojedynczych sekcji okrętów, czy montaż całych jednostek, powiązany z przeniesieniem do nas technologii. Dla wojskowych najważniejsze jest zagwarantowanie bezkonfliktowej realizacji dostaw okrętów, tak jak pewność co do skuteczności zastosowanych rozwiązań przy późniejszym serwisie i remontach. Dodatkowo doprecyzowane zostaną koszty cyklu życia okrętów podwodnych, szacowanego na 30-40 lat oraz rentowność przyjętych rozwiązań.

   Niestety, w praktyce nie jest jeszcze znany sposób pozyskania okrętów podwodnych. Do 30 kwietnia 2014 roku rozstrzygnięte zostanie przez Departament Strategii i Polityki Obronnej MON to, czy zakup zostanie zaliczony do projektów podstawowych ze względu na interes bezpieczeństwa państwa (wiarygodny interes w ustanowieniu czy zachowaniu przemysłu zdolnego do produkcji okrętów), czy też zostanie on przeprowadzony na podstawie ustawy Prawo o Zamówieniach Publicznych (uPZP). Jak powiedział kmdr Olejnik, to zadecyduje o takich kwestiach, jak możliwość zastosowania przy programie offsetu (przy uPZP nie ma obowiązku offsetowego). Można dodać, że zaliczenie projektu do istotnego z uwagi na „bezpieczeństwo państwa”, umożliwi resortowi prowadzenie bardziej swobodnego postępowania negocjacyjnego, także w trybie zamkniętym – czyli tylko z jednym podmiotem.

Polska armia dysponuje już systemem uzbrojenia o podobnej klasie do tego planowanego na okręcie podwodnym. To NSM obecny w ramach Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Kosztowny okręt podwodny ma potencjał by dać nam godne jego ceny zdolności. fot. Mariusz Cielma 

   Zakłada się uruchomienie procedury przetargowej w drugiej połowie 2014 roku. Na jej przeprowadzenie IU przewiduje minimum roczny czas, co sprowadza do wniosku, że rozstrzygnięcia można spodziewać się w drugiej połowie 2015 roku. Na podstawie dotychczasowych oświadczeń dostawców okrętów podwodnych widać, że czas potrzebny na budowę jednej jednostki wynosi 56-60 miesięcy (5 lat). Celem Inspektoratu jest więc zachowanie dotychczas ustalonego terminarza dostaw: pierwszy okręt w 2020 roku, drugi w 2021 lub 2022 roku. Służyć to ma wywiązaniu się z zapisów Planu Modernizacji Technicznej SZ oraz Koncepcji Rozwoju MW w sprawie pozyskania dwóch nowych okrętów podwodnych do 2022 roku.

   Drugim, może nawet najważniejszym elementem wypowiedzi komandora Olejnika była kwestia uzbrojenia okrętów podwodnych. Orka ma więc posiadać zdolności:

  • do rażenia celów nawodnych i podwodnych uzbrojeniem torpedowym w zależności od trybu poszukiwania na dystansie 10-25 kilometrów,

  • do rażenia celów nawodnych uzbrojeniem rakietowym na odległość minimum 50 kilometrów,

  • do rażenia śmigłowców (także w zawisie) oraz samolotów patrolowych morskich uzbrojeniem rakietowym na dystansie nie mniejszym niż 10 kilometrów (zdolność pożądana),

  • do przeciwdziałania uzbrojeniu torpedowemu w pełnym zakresie operacyjnego wykorzystania okrętu.

   W wymaganiach operacyjnych jakie opracowała Marynarka Wojenna, nie znalazł się zapis o potrzebie posiadania uzbrojenia rakietowego dalekiego zasięgu zdolnego do rażenia celów lądowych. W praktyce, według obecnej dokumentacji, nie będzie wymagana ewentualność dozbrojenia okrętów Orka w pociski tej klasy w ramach modernizacji w późniejszym okresie. IU jest zainteresowany w rozmowach tematem potencjału modernizacyjnego oferowanych jednostek (np. baza podwodnych bezzałogowców, czy także i pociski manewrujące). Modernizację, czyli Mid-Life Update (MLU), będzie trzeba przeprowadzić mniej więcej w połowie cyklu życia okrętów, czyli po 10-15 latach, nie ma jednak wymagań, by już dziś Orka była konstrukcyjnie przygotowana do prac prowadzących w tym kierunku.

   Spotkanie w sprawie wartego kilkadziesiąt miliardów złotych projektu Orka wymaga komentarza. Przede wszystkim trzeba podkreślić ważną rolę jaką ma także dziś do spełnienia opozycja parlamentarna w sprawie wieloletnich projektów modernizacyjnych Sił Zbrojnych RP. Nie mogą być obecne tylko w sferze wyłączności dla rządzącej Platformy Obywatelskiej. Decyzje jakie zapadają i będą zapadać decydują o jednym z fundamentalnych zadań przewidzianych dla państwa – zapewnieniu bezpieczeństwia. Konfrontacje posłów opozycyjnych z urzędnikami, a nie politykami resortu obrony są wartością dodaną do zadań kontroli, a przynajmniej poznania obrazu sytuacji tego co dzieje się w naszym imieniu w MON. Szczególnie program Okręt Podwodny Nowego Typu (OPNT) jest jednym z tych, wokół którego narosło dużo niejasności.

Polskie Kły to przede wszystkim nowe miejsca pracy, na drugim miejscu znaczenie ma efekt jaki dzięki nim uzyskają Siły Zbrojne RP. fot. DCNS.

   Szkoda, że na spotkanie z posłami przybył tylko przedstawiciel Inspektoratu Uzbrojenia. Zgodnie ze swoimi kompetencjami, mógł przedstawić wyłącznie dzisiejszy obraz prac przy programie Orka. To wykonawca operujący na bazie określonych uprawnień. Komandor Olejnik nie mógł odpowiedzieć na tak interesujace pytania, jak dotyczące źródła ustaleń, które doprowadziły do dokumentacji w sprawie OPNT jaką posługuje się dziś IU. Zabrakło w naszym mniemaniu, głównie kompetentnego przedstawiciela Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. W przesżłości instytucji nadrzędnej dla procesu decyzyjnego, a dziś przecież głównego ciała doradczego MON, mającego wskazywać kierunki rozwoju całych Sił Zbrojnych z punktu widzenia interesu państwa. Z wypowiedzi komandora Olejnika wynika, że ową analizę potrzeb strategicznych przeprowadzono w Gdyni, w Marynarce Wojennej, tj. w jednym z elementów Sił Zbrojnych. Flota nie musi posiadać, co nawet oczywiste, spojrzenia na całość potrzeb systemu militarnego bezpieczeństwa Polski. W firmie kierowca nie decyduje jakim samochodem będzie jeździł, takie decyzje podejmuje jego pracodawca, dysponuje bowiem szerszą perpsektywą.

   Jeszcze w końcu listopada 2013 roku, po pośpiesznie zwołanej konferencji w sprawie pozyskania okrętów podwodnych, pierwszy zastępca Szefa Sztabu Generalnego WP gen. dyw. Anatol Wojtan mówił o okrętach podwodnych z uzbrojeniem rakietowym zdolnym także do rażenia celów na lądzie. Dziś jako winna braku tego zapisu wskazywana jest Marynarka Wojenna, ale to przecież w 2013 roku Sztab Generalny WP wnioskował zmiany w wymaganiach operacyjnych. Zadbał o poprawę konkurencyjności, a zapomniał o zdolnościach jakie można dzięki zakupowi dla Sił Zbrojnych RP (a nie dla MW) uzyskać. Źródło problemu jest w Warszawie, albo wśród doradców, albo wśród decydentów, a być może także politycznych przełożonych ministra Siemoniaka.

   Polski wymóg wskazuje na zdolność do posiadania przez okręt podwodny pocisku rakietowego o zasięgu minimum 50 kilometrów. Prawdopodobnie ten rodzaj uzbrojenia miał na uwadze generał Wojtan mówiąc o rakietach zdolnych razić cele lądowe. Chodzi o pociski kierowane pokroju amerykańskiego Harpoona, zdolne do rażenia także celów lądowych. Uzbrojenia, które swoimi możliwościami wnosi niewiele do wzrostu potencjału militarnego Polski. W praktyce powiela możliwości i zadania posiadanego już w naszym kraju pocisku NSM w Nadbrzeżnym Dywizjonie Rakietowym. W uproszeczeniu, zapewnia rażenie celów na dystansach około 200 kilometrów. Dla samego okrętu podwodnego operującego na tak niewielkim i płytkim basenie morskim jakim jest Bałtyk, stanowi nawet niebezpieczeństwo. Start pocisku rakietowego będzie szybko wykryty i wskaże przybliżony rejon obecności jednego z trzech polskich okrętów podwodnych. Pocisk rakietowy klasy Harpoon w polskich warunkach to chybiony pomysł, co nawet potwierdzają sojusznicze floty (niemieckie typ 212A czy okręty szwedzkie uzbrojono tylko w torpedy).

W polskie zdolności najlepiej wpisuje się tylko jeden system - Scorpene oraz MdCN - i to jest dla nas problem z powodu którego przedkładamy strategiczny potencjał nad wymóg konkurencyjności. fot. MW Chile. 

   Pocisk rakietowy dalekiego zasięgu wojny nie wygra, zresztą nie takie jest jego zadanie. Przy zasięgu 1000 kilometrów pozwala odsunąć nosiciela (okręt podwodny) od potencjalnych celów, poprawi jego bezpieczeństwo. Zasięg 1000 kilometrów pozwala na opracowanie bazy danych dotyczących miękkich celów naszych przeciwników w zakresie zwielokrotnionym. To duży kłopot dla organizatora obrony przed tego typu zagrożeniem i na takiej przestrzeni. Bez potrzeby posiadania broni jądrowej uzyskujemy zdolność oddziaływania na otoczenie zbliżonym do niej efektem. Bowiem ile elektrowni atomowych znajdzie się w zasięgu polskich Tomahawków czy MdCN? Wobec głosów krytycznych dla takiego porównania możemy powiedzieć jedno – broń jądrowa w arsenałach wielu państw istnieje i jest rozwijana nie po to, by zniszczyć przeciwnika, ale po to, by nigdy jej nie użyć. To się nazywa odstraszanie i jest w tym wypadku na miarę naszych możliwości (wcale nie tak skromnych, planujemy bowiem wydać wiele miliardów PLN w ciągu dekady).

   Brak wymagań dotyczących zakupu pocisków dalekiego zasięgu to działanie na szkodę potencjału militarnego państwa. To dążenie do wydatkowania ogromnych środków bez uzyskania możliwych z tego profitów. Kupiłbyś dla swojej rodziny, za podobne pieniądze, samochód z poduszkami bezpieczeństwa czy bez? Jak nazwałbyś kogoś, kto decyduje się na wariant drugi?

   W wypadku okrętu podwodnego oraz pocisków manewrujących nie chodzi bowiem o pieniądze. Bez wielkiego sprawdzania można na spokojnie przyjąć, zakup takiego systemu pochłonie zbliżone wydatki finansowe.

   W czym zatem problem? Prawdopodobnie w kilku elementach. Można przyjąć, że cały program Polskie Kły to nie priorytet wzmocnienia potencjału Sił Zbrojnych, to jest sprawa drugorzędna, ale wizerunkowy program polityczny mający wprowadzić w Polsce przede wszystkim miejsca pracy. Ważne, żeby była praca i wskazane wydatkowanie zaplanowanych na ten cel funduszy. To program do pozyskania serc i umysłów wyborczych. Taka „Polska w budowie” rękoma ministerstwa obrony. Nie ma znaczenia, co zbudujemy.

   Kolejny aspekt to prawdopodobny sojusz polskich i niemieckich elit politycznych. To pociąga za sobą ową „poprawę konkurencyjności”, ukierunkowaną na sprawy technologiczno-przemysłowe, tj. polonizacji, a nie zdolności obronne. Problemem okazało się, że przy okręcie podwodnym i pocisku manewrującym byłby w praktyce tylko jeden oferent mogący sprostać polskim oczekiwaniom godnym tych środków i zaplanowanych zadań. I co w tym złego? Czy 20 lat temu, tylko dlatego, że w Europie funkcjonuje jeden sojusz wojskowy (NATO) ogłosiliśmy, że do niego nie wstępujemy? Potrzebowaliśmy zdolności NATO, a nie konkurencyjności w wyborze polityczno-wojskowych ofert.

Polska flota podwodna jest zużyta, jej gros nie doczeka dostawy nowych okrętów Orka. Dlatego tak ważne jest dla Polski niemieckie sąsiedztwo i obecność nad Bałtykiem takiego jak pokazany na zdjęciu symulatora okrętu podwodnego. Patrząc na zakup, krótkoterminowo współpraca z Niemcami to same plusy, nie chodzi jednak "o łatanie dziury" a poważniejsze wyzwania. fot. AZU.

   Ku niemieckiej ofercie pcha nas sytuacja sprzętowa polskiej floty podwodnej. Nie da się przenieść wszystkich podwodniaków na kilka lat do np. pracy oświatowej i potem żądać od nich wyników w służbie. Bez dostarczonych szybko okrętów, przekazywany z pokolenia na pokolenie system stanie się prawie niewydolny. Kobbeny mogą służyć do maksymalnie 2017 roku, pozostaje nam jedynak w postaci ORP Orzeł. Dlatego propozycja wsparcia szkolenia polskich podwodniaków w niemieckich ośrodku Eckernförde nad Morzem Bałtyckim, poparta choćby wypożyczeniem jednego okrętu podwodnego jest wypatrywana jak deszcz podczas spiekoty. Naszym zdaniem była rozpatrywana i będzie najbardziej prawdopodobna. Nie ważne czy nazwiemy ją typ 212A, typ 214, typ 216 czy inaczej, ze skrótem „PL”. Krótkoterminowo, a raczej w takich perspektywach patrzy się na sprawy w Polsce, unikamy poważnego problemu.

   A ten problem będzie większy. Nie zakupimy dwóch nowych okrętów podwodnych do 2022 roku. Inspektorat Uzbrojenia potrzebuje minimum rok na poprowadzenie i rozstrzygnięcie postępowania, co jak już podaliśmy, spodziewane jest w drugiej połowie 2015 roku. Spodziewane, bowiem jesienią 2015 roku planowane są wybory parlamentarne w Polsce, kto i z jakimi pomysłami będzie wówczas na Klonowej? Nawet ta „druga połowa” to raczej koniec przyszłego roku. Dialog kończy się w marcu, potem czekamy na rozstrzygnięcia o sposobie pozyskania, dopracowujemy nasze oczekiwania. To zajmuje miesiące. Biorąc pod uwagę dzisiejsze założenia, aby ratować harmonogram, pierwszy okręt musi w w całości powstać w stoczni kontrahenta. To jedyna możliwość by został zbudowany w 5 lat. W tym optymistycznym wariancie, w połączeniu z liczonym w miesiącach przejęciem okrętu, powinniśmy założyć raczej 2021 rok – oczywiście jak wszystko pójdzie z planem. Wątpliwe, aby podobnie było z drugą jednostką, czyli z dostawą w 2022 roku, szczególnie jak będziemy dążyć do budowy miejsc pracy w Polsce.

   Rozliczanie finansowe tak prowadzonego programu, gdy wszystko jest założone do wdrożenia dosłownie za pięć dwunasta, a wieloletni program rządowy w sprawie także okrętów podwodnych obowiązuje do 2022 roku będzie prawdopodobnie szybkie i bez zbędnej zwłoki. Istotne jednak byłoby wynegocjowanie racjonalnego terminarza spłaty, rozłożonego w sprzyjającej sytuacji nawet na lata. Pieniądze mogą pracować na naszą korzyść, nie powinniśmy się tak szybko tych miliardów pozbywać.

   Podsumowując komentarz można przyjąć, że zakup okrętów podwodnych w obecnie procedowanej formie jest niekorzystny. Polskie Kły, nim na dobre się rozwinęły już straciły jeden z ważniejszych siekaczy – zresztą sami go sobie wyrwaliśmy, ku niewątpliwej uciesze wielu.

Mariusz Cielma




Rejestracja

Funkcja chwilowo niedostępna

×

Logowanie

×

Kontakt

×
Ekspedycyjna brygada USMC z lat 80.

Ekspedycyjna brygada USMC z lat 80.

W piechocie morskiej Stanów Zjednoczonych istniały trzy rodzaje związków ekspedycyjnych: batalion, brygada i dywizja oparte organizacyjnie odpowied...

więcej polecanych artykułów