2011-11-13 23:47:38
Modernizacja polskich fregat Perry
Nowożytna Polska Marynarka Wojenna nie licząc pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, prawie zawsze posiadała jednostki bojowe klasy niszczyciel. Również w okresie socjalizmu nasze siły nawodne posiadały jednostki tej klasy. Przejęty w 1988 roku ORP Warszawa (II) nie był okrętem nowoczesnym ani nawet nowym (podniesienie bandery radzieckiej floty w 1969 roku). Kuriozalne były warunki dzierżawy niszczyciela. Strona polska nie mogła przeprowadzić jego żadnej modyfikacji a zwrot właścicielowi miał nastąpić po przeprowadzeniu remontu średniego. Zamiast dzierżawy, na początku lat 90-tych wykupiliśmy jednostkę, przeprowadzono w kraju remont. Nie na wiele się to zdało. Po zmianach politycznych armia, w tym i marynarka, liczyły na szybkie wsparcie techniką zachodnią.
Oczywiście sytuacja finansowa państwa polskiego szybko zweryfikowała oczekiwania, a ORP Warszawa powoli wiekowo zbliżała się do trzydziestki, pod względem zaawansowania technicznego była jeszcze bardziej leciwa niż wskazywała metryczka. Pod koniec lat 90-tych pojawiła się propozycja wzmocnienia potencjału Marynarki Wojennej okrętami używanymi. Od początku zakładano, że to rozwiązanie tymczasowe. Załogi będą dalej się szkolić, a za kilka lat pozyskamy nowe, własne korwety projektu Gawron.
Nim ORP Warszawa przeszła do historii marynistyki, 15 marca 2000 roku w amerykańskiej bazie Norfolk podniesiono banderę na przekazanej Polsce fregacie typu Oliver Hazard Perry (konkretnie FFG-11 USS Clark). Uroczyste nadanie nazwy własnej, ORP Gen. K. Pułaski (notabene ciekawa konstrukcja nazwy zawierająca skróty, miast np. zgodnie z naszą tradycją ORP Pułaski) nastąpiło już w Gdyni, 25 czerwca tego samego roku. Ponad dwa lata później, 28 czerwca 2002 roku, dołączyła do niego bliźniacza jednostka, ORP Gen. T. Kościuszko (FFG-9 USS Wadsworth). Obie zostały zwodowane w końcówce lat 70-tych, pochodziły z pierwszej podwersji tego typu, reprezentowały poziom techniczny z nieco wcześniejszego okresu i niosły ze sobą specyfikę konstrukcyjną oceanicznej jednostki eskortowej do działania w ramach zespołu floty. Amerykanie zadbali zresztą byśmy nie otrzymali jednostek zbyt nowoczesnych, instalując choćby zestaw Phalanx Mk 15, ale w najprostszej wersji (Block 0). Na dodatek już w momencie przekazania, Kościuszko miał poważne problemy ze swoją siłownią. Sporym novum było przejęcie 4 śmigłowców ZOP SH-2G Seasprite, jako pierwszych statków powietrznych służących jako maszyny pokładowe okrętów PMW. Same Kamany były w miarę nowe, pochodziły z ostatniej serii produkcyjnej. Nie przejmowano się tym, że stawaliśmy się jedynym państwem NATO użytkującym ten typ śmigłowca, na dodatek lekko zubożonego ze sprzętu przez Amerykanów przed przekazaniem stronie polskiej. Kto by się przejmował takim problemem, jak brak kompatybilności systemu przesyłu danych pomiędzy SH-2G a fregatami, skoro za kilka-kilkanaście lat, biało-czerwoną banderę miało podnosić sześć korwet projektu Gawron. Nie trzeba było być pesymistą, by rokować, że z prowizorkami u nas jak swego czasu z mostem Syreny w Warszawie. Tak więc stosunkowo szybko z sześciu korwet zrobiły się dwie.
Lata płynęły, ORP Ślązak (pierwsza jednostka typu Gawron) był dosłownie lepiony, niekiedy tylko konserwowany. Zobowiązaliśmy się przed sojusznikami, że wystawimy jedną jednostkę nawodną do stałych zespołów NATO. Po trwających blisko trzy lata certyfikacjach, Pułaski odbył w 2006 roku pod dowództwem komandora porucznika Krzysztofa Mazurkiewicza turę w stałym zespole okrętowym NATO (SNMG-1, wcześniej znany jako zespół atlantycki). Następny miał być Kościuszko. Problemy zmusiły jednak na ponowne skierowanie do misji pierwszego bliźniaka, drugi jak już wspomniałem miał od początku problemy z napędem. Pułaski kolejną turę w zespole SNMG-1 przeszedł w drugiej połowie 2008 roku. W zasadzie posiadaliśmy i posiadamy iście pacyfistyczne okręty. Prawie rozbrojone. Jednostka ognia pojedynczego okrętu tego typu to 4 pociski przeciwokrętowe Harpoon i 34 przeciwlotnicze Standard SM-1 (plus jeden szkolny). A posiadamy w arsenale w sumie: 2-4 pociski rakietowe Boeing RGM-84F Harpoon (jeden uszkodzony mechanicznie, pytanie również o kompatybilność Block II z systemami fregat), 18 pocisków SM-1MR (plus jeden szkolny) i w granicach tysiąca pocisków 20 mm do Phalanxów (szybkostrzelność jednego to 3000 strzałów na minutę). Skoro jesteśmy już przy pociskach przeciwokrętowych i wybiegając trochę w przyszłość naszej historii, warto zadać sobie pytanie, czy marynarka wojenna o potencjale takim jak Polska powinna ze względów choćby logistycznych posiadać cztery typy rakiet: Harpoony na Perry, NSM dla dywizjonu nadbrzeżnego, RBS-15 Mk3 (i kilka Mk2 w rezerwie) na Orkanach i stare radzieckie P-21/P-22 na Tarantulach? Może właśnie w tej różnorodności ktoś widzi prawdziwą siłę PMW?
Kościuszko i Pułaski przy nabrzeżu gdyńskiego portu, dwa najwieksze okręty bojowe PMW, A.D. 2011 w zasadzie można napisać o nich tylko tyle. fot. Łukasz Pacholski.
Przez kilka lat tylko szemrano o stanie technicznym i potencjale naszych okrętów. W końcu w sejmowej komisji Obrony Narodowej poseł Ludwik Dorn zadał kilka pytań [1]. Interpelacja z 2008 roku dotyczyła kosztów pozyskania, utrzymania i stanu technicznego obu okrętów. Ministerstwo Obrony odpowiedziało w kwestii kosztów:
- w latach 1999-2005 koszt pozyskania fregat OHP i śmigłowców Seasprite to 55,5 mln USD (w tym 41,5 mln z programu pomocowego FMF),
- w latach 2005-2007 koszt zakupu części zamiennych, serwisowanie i naprawa to 9,4 mln USD (w tym 7,5 mln z programu FMF),
- w latach 2001-2007 na utrzymanie (uposażenie, paliwo, wyżywienie itp.) wydano 160,3 mln PLN,
- w roku 2007 wydano 6,5 mln PLN na remont ORP Pułaski,
- w roku 2008 wydano 24,2 mln PLN (faktycznie w 2010 roku) na remont ORP Kościuszko. Według niektórych źródeł nie wyremontowano siłowni (jedna turbina wymagała remontu kapitalnego, druga wymiany) a usprawniono instalację elektryczną, wyremontowano lądowisko dla śmigłowca, elektronikę, niektóre urządzenia komunikacyjne.
Jeszcze ciekawszy był zawarty w odpowiedzi na pytania posła Dorna opis stanu technicznego fregat Perry: sprawne ale wyeksploatowane wyrzutnie Mk 13 (prawdopodobnie bez certyfikatów do użycia, mają po 28-29 lat wobec 30 resursu), słaba jakość zobrazowania systemu kierowania ogniem Mk 92 (jest jednokanałowy), wyeksploatowane konsole operatorów na dodatek często wymagające usuwania niesprawności, niesprawny układ automatycznej detekcji systemu radarowego. Dodajmy do tego to co pojawiło się w prasie specjalistycznej: okrętowy system walki nie jest podatny na modernizację – wymaga wymiany, okręty posiadają podatny na usterki interrogator systemu swój-obcy (transponder udało się wymienić na krajowy), analogowe stacje radiolokacyjne SPS-49 i SPS-55 są wrażliwe na zakłócenia i mają problemy z wykryciem obiektów nisko lecących czy na tle brzegu.
Program Rozwoju Sił Zbrojnych RP na lata 2009-18 nie przewidywał modernizacji okrętów, a tylko prace związane z utrzymaniem możliwości bojowych fregat (wymieniano podstawowe uzbrojenie i kierowania walką).
Australia odkrywa karty
Zainteresowanych tematem modernizacji fregat typu Perry szczególnie interesowały doświadczenia australijskie z przebudowy czterech takich jednostek z posiadanych sześciu w użyciu. Źródła informacji szczególnie interesującego, z powodu przejrzystości i bogactwa informacji jakie tamtejsze instytucje publiczne przekazały, szczególnie po przeprowadzeniu prac modernizacyjnych.
Australijczycy zrealizowali szeroki audyt możliwości i potencjału fregat OHP. Wykazał on niską skuteczność systemu walki w starciu z małymi celami poruszającymi się na bardzo niskich wysokościach, słabą jakość obrazowania na konsolach powodowała, że operatorzy cel gubili, dodatkowo nie pomagała im niska skuteczność (czas reakcji) wykrycia celów szybkich czy stosujących zakłócenia. Samo śledzenie, wykrywanie, decyzja (człowiek) odbywa się w trybie ręcznym, a w przypadku skomplikowanych sytuacji brak jest rzeczywistego zorientowania w przestrzeni taktycznej. W przypadku operacji w porcie (zagrożenie terrorystyczne) można opierać się głównie na obserwatorach a nie systemie elektronicznym.
Przebudowane fregaty australijskie wyróżnia na dziobie pionowa wyrzutnia Mk 41 z pociskami RIM-162 ESSM, na zdjęciu HMAS Sydney. fot. RAN.
Uznano za niewystarczające do współczesnego morskiego pola walki środki wojny radioelektronicznej (AN/SLQ-32), ich integracji z bojowym centrum informacyjnym. Wzmocnieniu powinna ulec liczba środków zakłócających wyposażonych w nowoczesne pułapki termiczne i akustyczne (standardowo na OHP jest system SRBOC Mk 36 z dwoma wyrzutniami).
Za niezbędne uznano przystosowanie jednostki do użycia systemów przekazywania danych opartych o protokoły Link-11 i Link-16 co pozwala na wykorzystanie nie tylko własnych źródeł informacji ale otrzymanie ich również z zewnątrz (inne okręty, samoloty patrolowe).
Jednoprowadnicowa wyrzutnia Mk 13 nie mogła zapewnić dużej szybkostrzelności (pierwsza rakieta odpalana po 7,35 sekundy, kolejna w 16 sekundzie) i fregata jest prawie bezbronna przy ataku kilku obiektów z różnych kierunków. Dodatkowo pociski SM-1MR są prawie niezdolne do zwalczania kierowanego uzbrojenia rakietowego. Do tego powinien być przeznaczony Phalanx, ale zestaw artyleryjski Phalanx Mk 15 nie jest również idealny do bezpośredniej obrony przed pociskami przeciwokrętowymi. Ma on dużo martwych stref prowadzenia ognia (umieszczony na nadbudówce hangaru z tyłu okrętu) i fregata musi wykonywać manewry by zwalczać przeciwnika choćby z przedniej półsfery, a co będzie w przypadku ataku dwóch rakiet z dwóch kierunków?
Krytycznie oceniono przenoszone systemy wykrywania obiektów podwodnych. Podstawowym środkiem jest pokładowy śmigłowiec ZOP. Australijczycy posiadają maszyny typu Seahawk (S-70B-2), cięższe i nowsze. Zwrócono uwagę na transmisję danych śmigłowiec-okręt wprowadzając również funkcję zobrazowania sytuacji na okrętowych konsolach. Samodzielnie trudno byłoby wykryć zagrożenie ze strony okrętów podwodnych, uznano własne fregaty Perry za niezdolne do walki z torpedami. Od wykrywania podwodniaków jest pasywny, linearny sonar holowany AN/SQR-19. W Polsce jego charakterystyki poprawiono dzięki współpracy z Politechniką Gdańską. Jednak dużym jego minusem są warunki do jego pracy, przede wszystkim głębokość około 400 metrów zanurzonych odbiorników oraz długość systemu rzędu 1900 metrów. Trudno to sobie wyobrazić, a nawet jego zastosowanie nie jest możliwe w warunkach Morza Bałtyckiego. SQR-19 uzupełnia sonar aktywny AN/SQS-56 o zasięgu zwiększonym (modyfikacja Politechniki Gdańskiej) do minimum 10 mil morskich. Służy raczej do poszukiwania jednostek podwodnych na wodach przybrzeżnych, a nie pełnomorskich (tu mamy do czynienia ze zmniejszoną skutecznością namiaru, odbiciem się fal od warstw wody). Fregaty typu OHP wyposażono w holowany system SLQ-25 Nixie do zakłócania torped, aktualnie raczej nieprzydatny, choćby z tego powodu, że nowoczesne torpedy wykorzystują często naprowadzanie przewodowe, a nie samonaprowadzanie. Do samoobrony służą wyrzutnie torped, zastąpiliśmy stare Mk 46 nowoczesnymi MU90 Impact.
Co zrobili Australijczycy? Za kwotę około 1,5 mld AUD zmodernizowali, nie bez kłopotów, cztery okręty. Na fregatach zmieniono niemal wszystko. I tak w skrócie: zmodernizowano i ucyfrowiono radiolokatory, system kierowania ogniem, zainstalowano nowy okrętowy system walki (ADACS), system rozpoznania elektronicznego Rafael C-Pearl, dodano system pułapek zakłócających dalekiego zasięgu, nowe sonary w tym i do wykrywania min, wyrzutnię Mk 41 z pociskami ESSM (pozostawiono również Mk 13, ale potem dostosowano je do nowszych SM-2), unowocześniono system Phalanx, zaimplementowano system przesyłu danych Link-11/16, nowe kanały transmisji ze śmigłowcem, dodano nowy system wykrywania torped (Albatros TMS 4350), dwa zdalnie sterowane stanowiska strzeleckie Rafael Mini Typhoon, głowicę optoelektroniczną, poprawiono warunki pracy załogi (hałas). I na koniec jedna data, tak zmodernizowane okręty przewiduje się pozostawić w służbie do 2021 roku. Australijczycy nie są zadowoleni z okrętów - wydali dużo a poprawili możliwości bojowe w sposób nieznaczny (najbardziej w zakresie obrony przeciwlotniczej).
Amerykańskie fregaty Perry od początku tego wieku otrzymują w miejsce wyrzutni Mk 13 stanowiska ogniowe Mk 38, na zdjęciu USS Ford FFG-54. fot. US Navy.
Australijska marynarka nie była jedyną, która zdecydowała się na modernizację okrętów opartych o typ Perry. Innym, często przytaczanym przykładem jest turecki program modernizacji ośmiu fregat. Własnymi siłami wdrożono własny okrętowy system dowodzenia (Genesis, koszt jednego to 12 mln USD), wydłużono pokład śmigłowcowy, część fregat otrzymała również wyrzutnię pionową Mk 41, nowy kadłubowy sonar, unowocześniono system kierowania ogniem Mk 92 oraz radiolokator SPS-49.
Warto również wspomnieć o Amerykanach. Najważniejszą widoczną zmianą jest rezygnacja, blisko 10 lat temu, z dziobowej wyrzutni rakiet Mk 13 na rzecz małokalibrowego (25 mm) stanowiska artyleryjskiego Mk 38 Mod. I i II. Jednostki pozbawiono tym samym możliwości ofensywnych (Harpoon) jak i samodzielnej obrony przeciwlotniczej (SM-1).
MON stawia na eks-amerykańskie fregaty
Początkowo, w planie eksploatacji uzbrojenia i wyposażenia wojskowego przewidywano wycofanie obu okrętów do 2015 roku. W 2009 roku pojawiła się informacja (ponownie w odpowiedzi na zapytanie posła Dorna), że MON rozważa dwie opcje: wdrożenie dwóch korwet Gawron i tym samy wycofanie OHP lub zakup jednej korwety i modernizacja obu fregat i ich służba aż do 2025 roku (przypomnijmy sobie australijską gruntowną przebudowę). Wtedy szacowano zakres prac na 138 mln USD. Przez specjalistów zostało to jasno zinterpretowane jako nie modernizacja, a usprawnienie okrętów wyposażeniem z amerykańskiego demobilu (gros sprzętu nie jest już produkowana). Pułaski i Kościuszko byłyby na poziomie technicznym sprzed 30 lat, na pewno trochę sprawniejsze pod względem gotowości. Tylko czy o to nam powinno chodzić? Czy w 30 letnie okręty warto inwestować setki milionów złotych?
ORP Pulaski (272) jest w lepszym stanie technicznym od swego bliźniaka, co ma swój wyraz także w zaangażowaniu jednostki poza Bałtykiem. fot. Łukasz Pacholski
Kilka dni przed odwołaniem ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, 26 lipca 2011 roku, na stronach amerykańskiej agencji obrotu uzbrojeniem (DSCA) pojawiła się informacja o przesłanej do Kongresu prośbie o notyfikację wartego 200 mln USD programu rewitalizacyjnego i modernizacyjnego obu polskich fregat. W ogólnie dostępnym dokumencie nie pada wiele konkretów. Przede wszystkim pisze się o wymianie zestawów Phalanx na wersję Block 1B (jak australijskie). Co warte jeszcze zauważenia, wskazuje się amerykańskie stocznie na wschodnim wybrzeżu jako wykonawcę zlecenia oraz pisze się o braku informacji na temat offsetu przy realizacji tej transakcji.
600 mln PLN to dużo na przywrócenie sprawności i skromną modernizację dwóch, starych fregat. I nic innego jak zakneblowanie możliwości inwestycyjnych Marynarki Wojennej na lata. Oczywiście, takie pieniądze nie pozwolą na zbudowanie Ślązaka w docelowej konfiguracji wyposażenia i uzbrojenia (koszt jednostki szacowany dziś na około 1,5 mld PLN, uzbrojenie dodatkowo 250 mln PLN). Jeżeli ktoś zrobił by to z głową, można dostosować systemy okrętowe do montażu docelowego wyposażenia i uzbrojenia w przyszłości, aktualnie zadowalając się jednostką patrolową. Obyśmy się tylko nie doczekali kolejnego ORP Kaszub, okrętu, który ciągle czekał, a teraz widać, że się nie doczeka swoich 5 minut w programie modernizacyjnym MW.
Przypisy:
[1] interpelacja 5712 i 8344 posła Ludwika Dorna.
Mariusz Cielma